Jeśli byłby jeden bieg, tylko jeden bieg – który możesz pokonywać do końca życia, rok w rok przy założeniu, że jest to jedyny start rocznie – jaki bieg byś wybrał/a? Dla mnie, ogromnym dylematem jest B7D oraz Bieg Powstania Warszawskiego, który nie schodzi z piedestału najbardziej klimatycznych oraz znaczących dla mnie startów. Jednak, w tym roku … BPW zupełnie rozłożył mnie na łopatki. Nie można było tego przewidzieć. Rozczarowanie, czy może nowe doświadczenie?

Niezmiennie od kilku lat, nie wyobrażam sobie aktywnie biegowego roku bez startu w Biegu Powstania Warszawskiego, który bez względu na edycję generował ogrom niesamowitych wrażeń i emocji. Pamiętam, gdy pierwszy raz stanęłam na lini startu, a raczej próbując przecisnąc się przez zatrważającą wręcz liczbę biegaczy, których rzekomo było wtedy ponad 9 tysięcy, starałam się dojść do swojej strefy startu. Wtedy jeszcze nie do końca rozumiałam jaki sens mają te strefy (Strefa IV? Czy ja w ogóle poprawnie oszacowałam swój czas? A jak się pomyliłam, co to będzie?!) – wyszłam z założenia, po części słusznego, że najważniejszym jest zamknięcie swojego tempa w konkretne ramy grupy. Jednak, w kontekście BPW, strefy te pozwalały na start określonych grup w danym przedziale czasowym – innymi słowy, najpierw startowi najszybsi, potem po upływie 5 – 8 minut, startowały kolejne grupy (długość przerwy między jedną, a drugą grupą zależała od jej liczebności). Pamiętam, że byłam niesamowicie zaskoczona, gdy dotarłam nareszcie do lini startu dopiero po 35 minutach od teoretycznego startu pierwszej grupy. Było to dobre kilka lat wstecz, ale do dzisiaj pamiętam swoje zniecierpliwienie i totalny szok wynikający z ogromu imprezy. Jednak, trzeba przyznać, że organizacyjnie było super.

Przechodząc (przebiegając?) dalej, bieg ma niesamowity charakter w związku z samą okazją – jestem fanką oddawania szacunku wysiłkowi drugiej osoby również poprzez własny wysiłek, czy to fizyczny, czy psychiczny. To coś wewnętrznego w człowieku, co pozwala na próbę oddania szacunku przez wykazanie się w danym aspekcie. Zawsze trwają dyskusję, czy chodzi tutaj o własne ego, czy o głębsze dno, ale powiem szczerze – mało mnie interesują takie teorie, wiem, co czuję i po co to robię, a to w sumie to jest najważniejsze :-). Co więcej, BPW przebiega kluczowymi dla powstania ulicami Warszawy, gdzie czekają na biegaczy mundurowi, ochotnicy przebrani za powstańców oraz na każdym kroku – niesamowite wsparcie ze strony Warszawiaków.

W tym roku, a mamy rok 2018 – wszystko wywróciło się do góry nogami.

Po pierwsze, 28 Bieg Powstania Warszawskiego odbył się … na Mokotowie. Nie miał już swojego startu na ulicy Bonifaterskiej, gdzie odśpiewalibyśmy hymn przed rozpoczęciem. Nie było też niesamowicie klimatycznego zbiegu z ulicy Karowej, gdzie osiągałam zawrotne dla siebie prędkości słysząc wydobywające się dźwięki z głośników – tempo podkręcały dźwięki samolotów, bombardowań i strzałów. Klimat nie do opisania. Ciemna noc, zbieg po zabytkowej ulicy i myśl o tym, że to wszystko stanowi część historii. W tym roku, nie było klimatycznego zbiegu, nie było ochotników przebranych za powstańców, którzy maszerowaliby wzdłuż trasy – nie było mojej ulubionej części, gdzie biegacze testują swoje płuca w tunelu na Wybrzeżu Kościuszkowskim, sprawdzając, czy echo odpowie …

źródło: http://www.magazynbieganie.pl/

źródło: https://aktywnawarszawa.waw.pl/

W tym roku trasa była płaska, biegaczy jeszcze więcej (ponad 10k), biegi podzielone na dystans 5km i 10km, a ukrop taki, że ruszając palcem w prawo i w lewo człowiek pocił się jak po wejściu na Agrykolę. Nie narzekam, absolutnie. Było po prostu zupełnie inaczej.

Zapisałam się na bieg dosłownie w ostatniej chwili – początkowo chciałam zrezygnować ze względu na zmianę trasy, ale myślę “OK. Tradycji musi stać się za dość. Nowe doświadczenie”. Co ciekawe, po raz pierwszy w tym roku nareszcie udało mi się odebrać koszulkę w swoim rozmiarze. Dobra rada – jeśli organizowany jest bieg, gdzie “kto pierwszy ten lepszy” i przewidywana jest spora kolejka w Biurze Zawodów, polecam z całego serca wyjść z pracy o kilkanaście minut wcześniej i pojechać odebrać swój pakiet tak szybko jak to możliwe. Szanse na odpowiedni rozmiar koszulki oraz mniejsze kolejki rosną :-).

Jednak, przechodząc do meritum – czerwoną (?!) koszulkę odebrałam (zazwyczaj była to ziemistozielona koszulka), na prawe ramię opaskę biało-czerwoną założyłam i o godzinie 21.00 stawiłam się na ulicy Pory (Mokotów), skąd o 21.10 wystartowaliśmy. Przypadkiem, I swear, ustawiłam się nie w tej strefie, której miałam i faktycznie wystartowałam już o 21.25, czyli w teorii o 15 minut szybciej niż zakładałam. Upał mimo wieczorowej pory dawał się we znaki – jednak, organizatorzy stanęli na wysokości zadania i zagwarantowali “ściany wodne”, które choć trochę pozwalały się ochłodzić …

Znalezione obrazy dla zapytania pakiet startowy 28 bieg powstania warszawskiegoźródło: http://www.festiwalbiegowy.pl/

21.25 – startuję! Co ciekawe, przed biegiem miałam już na swoim koncie ponad 45km przejechanych na rowerze (no jakoś trzeba było dojechać, prawda?) w tempie “szybciej, szybciej, bo nie zdążymy” i tym samym, praktycznie zeskoczyłam z siodełka na sam start. Bardzo nietypowe jak na mnie, no bo jak to? Dokładać sobie obciążenia? Halo, halo Marto – we wrześniu startujesz w ultra, dołożenie takiego obciążenia potraktuj jako doświadczenia i obserwuj jak reaguje ciało i umysł. Dobra, jedziemy dalej.

Biegnę spokojnie z Garminem odwróconym na drugą stronę. Może wyda Wam się to dziwne i nielogiczne, ale zaczęłam być wielką zwolenniczką biegów na samopoczucie jeśli nie celujemy w PR. Ten sezon jest moim PR pod kątem szybkości – obiecałam sobie zacząć słuchać organizmu i tego, co mi podpowiada. Tym samym, podczas biegu nie chciałam się męczyć myślami – za szybko, za wolno. Po prostu dałam się ponieść chwili.

Mimo moich najszczerszych chęci, klimat tego 28 biegu Powstania Warszawskiego nie porwał mojego serca. Wręcz przeciwnie, “wyklepałam” dość równo 10km w niecałe 54 minuty, gdzie tempo wahało się między 5.20 – 25 zazwyczaj, więc mimo braku interakcji z zegarkiem, utrzymałam stałe tempo przez większość trasy. Ciekawe – rozkręcałam się przez pierwsze 3km, a potem już równiutko z tempem.

Na metę dotarłam i od razu straciłam orientację w terenie. Było tak ciemno, że absolutnie nie umiałam rozróżnić który to wolontariusz zaopatruje w izotoniki, wodę, a który dzierży w swoim ręku medal … no i gdzie są te banany?! Poziom oświetlenia był równo zeru, a po naprawdę ciężkich 10km w skwarze, człowiek mało kontaktuje.

Podsumowując, absolutnie nie żałuję startu (z resztą, jak się przekonacie, w życiu żałuję tylko, gdy z głupoty popełnię powtórnie jakiś błąd), ale z ogromnym wytęsknieniem czekam na przyszły rok, gdy trasa wróci “na stare śmiecie”. Nie zaspokoiłam głodu “atmosfery” i mimo naprawdę ciekawej imprezy, nie było to już to samo. Czekam więc na 29 Bieg Powstania Warszawskiego! 🙂

A jak Wasze odczucia? Startowaliście – piąteczka, czy dyszka? Jak wrażenia? Jak samopoczucie? 🙂

Do następnego!

M.