Sezon śliwkowy w pełni. Jako, że mamy dorodną śliwę przed domem, która w tym roku szczególnie obrodziła w owoce – zostaliśmy dosłownie zasypani śliwkami. Zaczęliśmy skromnie, bo od klasycznego kompotu ze śliwek, przetworów i chłodników, przewinęło się nawet smoothie, ale … wciąż czuliśmy niedosyt, a śliwki powoli nam zaczęły wychodzić bokiem. Pomysł – knedle ze śliwkami. Pycha! Zmodyfikowałam lekko przepis i wyczarowaliśmy bezglutenowe knedle jaglane, które błyskawicznie zniknęły z talerzy :-).

Cofając się do moich szczęśliwych lat dzieciństwa, nie pamiętam niedzielnego obiadu bez klusek śląskich, a kluski te były czystym mistrzostwem umiejętności kulinarnych mojej Mamy, która dosłownie wkładała całe swoje serce w to by były smaczne i wyglądały jak z obrazka. Do dzisiaj uśmiecham się do tych wspomnień i mimo tego, że były sporą bombą kaloryczną, nie za bardzo ma to znaczenie.

Jednak, aktywnie trenując i chcąc dostarczyć sobie jak najwięcej wartości odżywczych z pożywienia, te kluski strasznie chodziły mi po głowie. Zwłaszcza, że mogłam wykorzystać umiejętności Mamy, która towarzyszyła mi w kuchni. Druga sprawa, to te śliwki. Głowiłyśmy się nad tym jak sprawić, aby nasza cała rodzinka była zadowolona z wyniku – ta “nie-fit” i Marta (standardowy podział). Tak powstał pomysł na knedle ze śliwkami, gdzie bazę oprócz ziemniaków, stanowi mąka ryżowa wraz z kaszą jaglaną i skrobia ziemniaczana.

Bierzemy się do roboty!

Bezglutenowe (i wegańskie!) knedle jaglane ze śliwkami

Składniki:

✅ 12 większych ziemniaków (około 1kg)

✅ 1 szklanka suchej kaszy jaglanej (200g)

✅ 3 szklanki wody

✅ 1/2 szklanki mąki ryżowej (100g)

✅ 1 szklanka skrobi ziemniaczanej (200g)

✅ 15 większych śliwek (lub około 30 mniejszych)

Zaczęłyśmy pracę od obrania ziemniaków oraz ich ugotowaniu. Pamiętajmy, że ziemniaki wrzucamy do zimnej (osolonej) wody i doprowadzamy wodę do wrzenia. Kiedy ziemniaki zaczynają się gotować, czekamy około 20 minut – upewnijmy się, że ziemniaki są pokryte wodą, a miękkość sprawdzić wbijając widelec.

OK. Ziemniaki gotowe, odstawiamy do ochłodzenie, a następnie ubijaczką robimy z nich puree.

W międzyczasie, gotujemy również kaszę jaglaną. Co ważne – kaszę jaglaną należy ZAWSZE przepłukać najpierw zimną, a potem wrzącą wodą, co pozwoli na wyeliminowanie goryczy z kaszy, a tym samym będzie ona smaczniejsza, a składniki odżywcze zachowane. Kaszę gotujemy w 3 szklankach wody na małym ogniu – kasza musi wchłonąć całą wodę, u nas było to około 12-13 minut. Następnie, odstawiamy kaszę do wystygnięcia, aby móc ją zblendować (użyłam blendera ręcznego).

Bierzemy jedną większą miskę i przekładamy wystudzone puree ziemniaczane oraz zblendowaną kaszę, a następnie dodajemy skrobię i mąkę ryżową.

Cała zabawa polega na odpowiednim “urobieniu” ciasta, czyli trzeba zakasać rękawy, umyć rączki raz jeszcze i do roboty! Ciasto powinno być wilgotne, niekoniecznie pod postacią zbitej masy, ale bez problemu ma odchodzić od ścianek naczynia.

Ostatni element to przekrojenie śliwek na pół (pozwoli to upewnić się, że nie są robaczywe, a i łatwiej ułożą się wewnątrz knedla).

OK. Szefowa Mama wydała werdykt, że ciasto w porządku. Zaczynamy formować kulki i wkładamy po połówce śliwki do każdej “ciastowej łódeczki”. U nas śliwki były maleńkie, to po przekrojeniu ich na pół, wsadzałyśmy po jednej.

Na palniku gazowym postawiłyśmy większy garnek stalowy, nalałyśmy do 4/5 wysokości wody i poczekałyśmy aż się zagotuje. Wtedy też zaczęłyśmy wrzucać od największych i najcięższych knedli aż wrzuciłyśmy pierwszą serię, to jest jakieś 15-16 knedli. “Na oko” sprawdzałyśmy, czy są gotowe, czyli jeśli wypłynęły na wierzch plus stopień miękkości. Z niektórymi udało się idealnie, ale te mniejsze niestety popękały – kwestia około 9 – 13 minut, zależy od garnka, palnika oraz ilości knedli.

Ja swoje knedle zjadłam z powidłami śliwkowymi (można też z miodem, wiórkami kokosowymi etc.), a rodzice z masłem na słodko. Świetnym rozwiązaniem jest też śmietanka roślinna, o której przeczytacie tutaj.

W mojej opinii 10/10.

Knedle miały być po prostu doświadczeniem i krokiem w stronę “Marta zje to, co my”, a wyszło naprawdę przepyszne. Polecam z całego serca – napiszcie jak Wasze wrażenia!