Obóz biegowy w Beskidach – tydzień #1

Nigdy nie mogę się nadziwić jak szybko leci czas. Możemy mieć dosłownie wszystko, ale czasu– nie kupimy. Towar deficytowy. Dlatego też, chcąc skorzystać maksymalnie z ostatnich 4 tygodni przed B7D, postanowiłam opuścić stolicę i na dobre wyemigrowałam w Beskidy z ledwo żyjącym Garminem, plecakiem, rowerem i butami biegowymi. Zapraszam do lektury o tym jak obezwładniająco piękne są Beskidy i ile dają możliwości na szlifowanie formy oraz spokój duszy :-).

Poniedziałek:

Szalone 25 minut rowerem na dworzec Zachodnino bo jak to, na pewno się spóźnię! W rezultacie, dotarłam na czas i udało się mnie zapakować do pociągu w stronę Tarnowa o godzinie 7.52, gdzie czekała na mnie przesiadka do Krynicy-Zdrój. Można powiedzieć, że dzień przeznaczony na rest treningowy.

Wtorek:

Dzień rozpoczął się magicznie. Zasnęłam po 21 (!), więc dosłownie wyrwało mnie z łóżka po 5.00. Wykorzystałam to i … poszłam pomedytować w ogrodzie. Nie ukrywam, że rutyna dnia Rich’a Roll’a skłoniła mnie do tego eksperymentu. Wypiłam więc szklankę ciepłej wody z cytryną, rozłożyłam matę na ogródku, przykryłam się kocem i z psem medytowałyśmy przez dobre 15 minut. Ptaszki śpiewają, pies pochrapuje … czego więcej chcieć? Taka niespokojna dusza jak ja, a wysiedziała grzecznie i potem wybrałam się na lekki trucht w górę rzeki i jakoś po 40 minutach wróciłam do domu, rześka i zadowolona. Czas na śniadanie!

Ostatni dzień, kiedy mój zegarek miał jeszcze na tyle energii, aby móc dokonać jakiegokolwiek pomiaru. W końcu, trzeba prawdziwego geniuszu by wziąć dosłownie wszystko, co niezbędne, ale na 4 tygodnie treningów w górach, zapomnieć o kabelku do ładowania zegarka (w tym miejscu wyobrażamy sobie soczysty facepalm). Mniejsza z tym. Wykorzystując fakt, że mogłam skorzystać z zegarka, wybrałam się na szybkie 6km @ 4.45 – 5.27 + 6 x 300/300 (3 jednostki pod górkę; 3 – z górki) + 1km easy, co dało nieco ponad 10.5km. W połowie drogi, chmury niebezpiecznie zaczęły gromadzić się na niebie, a niebezpieczny burzowy pomruk zaczął przedzierać się przez las, w którym biegłam … Trzeba się spieszyć!

Co ciekawe, ostatni kilometr zrobiłam szybciej niż planowane, bo dosłownie uciekałam przed deszczem i burzą – udało się! Wbiegłam do domu i zaczęła się nawałnica, ufff! Po wszystkim, 15 minut ćwiczeń wzmacniających na macie oraz rozciąganie.

Beskid Sądecki. Widok na Sołtysi Wierch (607 m n.p.m.).
ŚRODA:

Przyszło ochłodzenie. Stopni 15C, zachmurzenie, a potem deszcz. Joga pod zadaszeniem, 30 minutowy spacer-podbieg na sąsiednią górkę i zaczynamy dzień. Obowiązki zawodowe spełnione, komputer zamykam i … wsiadam na rower 🙂

Pada. Przywdziewam kurtałkę, zakładam kask, chustę i koniecznie Ass Saver’a  , bo w taki deszcz obawiam się, że nie dałoby rady bez dodatkowej ochrony. Jadę pozwiedzać – luźne tempo, ale za to kilometraż pokaźny. Przepiękne tereny Ropa, Wawrzka, Uście Gorlickie i moje ulubione – Banica, Czyrna, Piorunka ze względu na niesamowite podjazdy (oraz zjazdy sprawiające, że moje hamulce błagały o przerwę) i widoki … W sumie, około 50km w nieco ponad 3.5h. Po wszystkim, koniecznie sesja z rollerem.

Jako, że mój Garmin wyzionął ducha – mniej więcej starałam się odtworzyć trasę na Stravie. Rzekomo wyszło około 50km – jak widać, nie ma mowy o płaskim terenie.
Gdzieś w okolicach Czyrnej, jeszcze nie wiedziałam jakie podjazdy mnie czekają na finish.

 

Po zabójczym podjeździe w Piorunce, widoki wynagradzały cały wysiłek.
Czwartek:

Rutyna porankowa, tym razem spacerowo. Odczuwam mocno zmęczenie z dwóch ostatnich dni, dlatego decyduję się na luźne 10-11km. Biegnę delikatnie (zaczyna mnie pobolewać prawe kolano…) aż do Kamiannej, stamtąd przez Jaworynki, docieram do szczytu Żdżar i zbiegam również do Kamiannej.

Po powrocie, 60min ćwiczeń wzmacniających na macie. Niepokojącym jest ból prawego kolana – wydaje mi się, że jest to spowodowane obciążeniem i decyduję się na pełen rest w dniu następnym.

Takie biegi uwielbiam – przez pierwsze 7km ciągły podbieg, tracę nadzieję, że kiedykolwiek to się skończy i nagle bum! I kolejne 4km długa w dół…

 

W drodze na szczyt!

 

Piesełę: “O nieee, znowu te fitnessełę!”

 

PIĄTEK:

REST przeznaczam na wizytę u fizjoterapeuty. Trzeba przyznać, że Marta wymasowana, to Marta zadowolona 🙂 W dodatku, kolano potraktowane maściami i magiczną mocą fizjo, przestaje powoli boleć.

Tup tup idziemy się masować.

 

Będąc w Krynicy, nie mogłam sobie odmówić mojej ulubionej Słotwinki.

 

Jak REST, a ja jestem w Krynicy – obowiązkowe moje u l u b i o n e lody z jedynej takiej lodziarni w Polsce, gdzie kolejka ma 230239km, w środku miejsca dla 3 osób, a lody serwowane przez całą rodzinę właścicieli (już 4 pokolenie!). Lody przepyszne, polecam z całego serca (zaraz obok moich ulubionych figa z makiem w Lody Bosko w Lublinie).

Szukacie najlepszych lodów w Beskidach? Lodziarnia Dobrowolscy!
SOBOTA:

Nosiło mnie od samego rana. Wstałam po 6.30 (WOW, to prawie południe dla mojego zegara biologicznego) i tym razem bez medytacji (pies spał, to nie było z kim medytować), potruchtałam nad rzekę. Zachwycona świeżością powietrza, ciszą i niesamowitą przestrzenią, wróciłam dopiero po godzinie do domu.

Dzień budzi się do życia, bez zgiełku i niepotrzebnego pędu.

Szybkie śniadanie, wskakuję w buty biegowe numer dwa i lecę na 90 minut biegu – zbiegam do Florynki, skąd żółtym szlakiem wdrapuję się na Ubocz (819m n.p.m.), a potem niebieskim szlakiem długa w dół aż do Kamiannej, gdzie nie mogę się oprzeć i wbiegam na górkę będącą standardowo w sezonie zimowym stokiem narciarskim.

Pro tip – na wypady do lasu etc. przygotujcie się również mentalnie na niesamowicie frustrujące ogromne … muchy! Zawsze sądziłam, że komary budzą najwięcej nerwów. Niet, ugryzie taka wielka mucha i od razu człowiek wydobywa z zakamarków podświadomości kilka soczystych określeń wyrażających ból. Next time: koniecznie spryskać się jakimś czymś, odstraszającym owady.

Z Mamą przygotowałyśmy na obiad totalnie kosmicznie pyszne knedle jaglane ze śliwkami i tak naładowana węglowodanami, wskakuję na rower, aby skorzystać z pięknej pogody. Docieram w okolice Grybowa, skąd skręcam w mało uczęszczaną drogę w kierunku Ptaszkowej (ah, te widoki!), a następnie mijając Kaplicę na Podjaworzu, na dobre wjeżdżam na Okrężny Szlak Rowerowy Ziemi Grybowskiej . Muszę przyznać, że bardzo, bardzo, bardzo pozytywnie się zaskoczyłam. Dojechałam aż do Binczarowej – droga tak malownicza, idealnie przystosowana do jazdy rowerem (nawet szosowym!), a widoki takie … że zapominałam włączyć kamerki, bo cały wysiłek wkładałam na zbieranie swojej szczęki z kawałków po zobaczeniu tak przepięknych widoków. I ta przestrzeń, ahhh! Coś niesamowitego.

Okolice Skrabówki.

Wspominałam już o braku płaskiego terenu? 😉

 

Łącznie wyszło około 30 km – szalone podjazdy i jeszcze ciekawsze zjazdy.

Niedziela:

Oh, to na dzisiaj zaplanowałam trening typu back-t0-back. Bardzo szczegółowo opisuje go Olga Łyjak na blogu, do którego Was odsyłam, bo jest rzeczowo i na temat. W wielkim podsumowaniu, chodzi o to by zafundować organizmowi sporą dawkę obciążenia z dnia na dzień, czyli robimy długi i mocny trening w sobotę (np. 25-30km), a w niedzielę “dokładamy do pieca”, czyli robimy kolejne długie wybieganie – chociaż może być krótsze, powiedźmy w tym przypadku do 20km.

U mnie wyglądało to tak, że w sobotę zafundowałam sobie 15km wybiegania + 6km lekko + 30km roweru, więc naładowałam mocno, a i tak dzięki porządnemu wysypianiu się oraz odpowiednim jedzonku, naprawdę świetnie się regeneruję. Z samego rana w niedzielę już nie mogłam doczekać się wybiegania.

Zaplanowałam jednak odwrócenie proporcji, tj. sobota mniej km + niedziela o około 10km więcej. Początkowo plan opierał się o podążanie żółtym szlakiem z Gorlic do Florynki, ale … uwaga, w wielu miejscach szlak jest niemożliwy do przejścia, tj. ostatni turyści pojawili się tam chyba w czasach przedpotopowych. Stąd też, podjęłam decyzję by na początkowym etapie lekko zmodyfikować trasę – zbiegłam za miejscowością Ćwiercie aż do Ropicy Polskiej. Miałam dwa wyjścia – albo biec do zielonego szlaku i wejść ponownie na żółty, aby sprawdzić, czy jest do przejścia LUB pobiec asfaltem do samego Grybowa tak, aby wyrobić goal 25km.

Dałam żółtemu szlakowi jeszcze jedną szansę. Podbiegłam kawałek do miejscowości Szymbark, odbiłam w lewo i tam, gdzie powinien znaleźć się szlak – była droga wewnętrzna. Wkurzona, usiadłam pod drzewem – zjadłam mój ulubiony Nakd czekoladowy, przegryzłam jabłkiem, wzięłam 7 łyków wody z bukłaka, podniosłam swoje ciężkie 4 litery i ruszyłam w stronę Grybowa.

Tutaj nie ma za bardzo co opisywać – szerokie pobocze, ładne widoki, głośne samochody i aż do samej Ropy droga schodzi w dół, więc pierwsze 8km poszło gładko. Jedynym problemem był niesamowity skwar – a ja mądrze zostawiłam czapkę w domu. Zbawienna okazała się otwarta (!) stacja benzynowa w Ropie, gdzie moje ciało błagało o colę. Pijąc małymi łyczkami i delektując się smakiem chemii, która pobudziła moje komórki do życia, ruszyłam w dalszą drogę – aż do Grybowa, skąd łatwo dostałam się transportem (czyt. Taaaato, uratuj swoje niezbyt mądre dziecko i przyjedź po mnie!) do domu.

 

Takie było założenie. Żółty szlak, zero filozofii (hehehe).
A tak życie zweryfikowało mój banalny plan 😀

 

Mój skromny must-have: długie wybiegania to idealna okazja do sprawdzenia wszelkiego rodzaju sprzętu, żeli etc. Ja już wiem, że albo zainwestuję w nowy plecak, albo rzucę magiczne zaklęcie by mi nie obcierało kości ogonowej eeeh. Znacie jakieś metody?
Tak właśnie wyglądała trasa poboczem – trzeba przyznać, dość szerokim, a widoczki przepiękne, ale wciąż – wolałabym gdzieś hasać po górkach.
Niesamowity widok na Szymbark.

 

~~~~~~~~~~~ PODSUMOWANIE ~~~~~~~~~~~

Plusy

Jestem w domu! Tak się cieszę, że mogę budzić się w górach i zasypiać, gdy słońce na dobre kładzie się za okolicznymi szczytami. Nie było dnia, abym czegoś nie robiła. Nosi mnie pozytywna energia – zróżnicowane treningi biegowe (mocne i lżejsze akcenty, zbiegi i podbiegi, dużo cross’u), niesamowite widoki z perspektywy siodełka, systematyczny trening wzmacniający i rozciąganie. Cytując pewnego mądrego człowieka “czerp fun” – tak też robię 🙂

MINUSY

Opalenizna typu “buraczany burak”. A tak poważnie – trochę martwi mnie to kolano, ale nie ma większych problemów. Będę obserwować i reagować.

✅ Bieganie: 75km

✅ Rower: 84km

✅ Trening wzmacniający

✅ Joga & medytacja

Coś pięknego. Chciałabym się z Wami podzielić tymi kolorami łąk, zapachami oraz dźwiękami wsi. Z niecierpliwością wyczekuję środy, teraz czekają mnie dwa dni resta biegowego, a w środę czeka mnie ostatni mega mocny trening przed wrześniem – ale o tym napiszę już następnym razem 🙂

Jeśli jednak ktoś jest w okolicach Rytra, Piwnicznej lub Szczawnicy i chciałby wspólnie przebiec / przejść kawałek, zapraszam!

PS. The secret to happiness is freedom.. And the secret to freedom is courage. ~ Thucydides

PS2. https://www.youtube.com/watch?v=wUpRzyUrrlw

Keep tight, M

.

Join the Conversation

Your email address will not be published. Required fields are marked *