Przygotowując się do długiego wybiegania, które zakłada ponad 50km w ciągu jednego dnia, z przewyższeniem około 2 500m, z nocą spędzoną w bacówce, z maleńkim plecakiem i całkowicie samotnie, koniecznym jest odpowiednie przygotowanie. Zapraszam do lektury o tym jak cenną umiejętnością jest planowanie i ile nerwów pozwala zaoszczędzić, gdy przyjmuje się za pewnik “plan adaptacyjny”.

Założenia

Planując swoje treningi, zawsze staram się by były urozmaicone. Na 3 tygodnie przed startem w B7D (100km), obiecałam sobie, że zafunduję sobie taki trening, który mentalnie przygotuje mnie do tego bym stając na lini startu 8.09.2018 o godzinie 3.00 rano, nie miała wątpliwości w którym kierunku mam zmierzać (do mety oczywiście!) i czuła się na tyle pewnie, aby móc podjąć wyzwanie. Stąd też, pomysł zafundowania sobie treningu ultra, czyli przebiegnięcia więcej niż 50km podczas jednego treningu na trasie zawodów. Jednakże, ważnym aspektem jest, aby dopilnować by ten trening miał faktycznie pozytywny wpływ na wytrzymałość (fizyczne przygotowanie) oraz podbudował psychicznie przed startem – a granica między ekstremalnym wysiłkiem i korzyściami z nim związanymi, a wypaleniem i brakiem szans na osiągnięcie zamierzonego celu podczas zawodów, jest BARDZO cienka.

Dlatego też, zaplanowałam (ambitnie!) podzielenie treningu na dwa etapy z atrakcją w środku. W końcu, w życiu chodzi o to, aby było ciekawie i rozwojowo, prawda? Pierwszy dzień zakładał przebiegnięcie 100% pierwszego odcinka Biegu 7 Dolin z Krynicy-Zdrój do Rytra, a następnie dodatkowy bodziec pod postacią podejścia na Przehybę, a w ramach wisienki na torcie – zwieńczenie dnia w Bacówce PTTK pod Bereśnikiem, czyt. łącznie +/- 50km.

Jako, że trening miał być już ostatnim intensywnym bodźcem przed zawodami, zdecydowałam się na “dołożenie do pieca” w dniu następnym – jedyną możliwością powrotu do Krynicy był pociąg ze Starego Sącza, Rytra lub Piwnicznej-Zdrój, zdecydowałam, że zafunduję sobie dodatkowe 20-25km biegnąc z Jaworek do Piwnicznej-Zdrój, skąd miałam szansę złapania pociągu w docelowym kierunku.

1️⃣ Założeniem ostatniego intensywnego treningu, to trening pod tytułem “wycieczka biegowa” na dystansie do 75km w oparciu o mój ulubiony back-t0-back, czyli rozkładam 75km na dwie części: 50km (dzień 1) oraz 25km (dzień 2). Drugi dzień to ogromne zmęczenie organizmu, prawdziwy sprawdzian dla psychiki, która stymulowana nowymi bodźcami (o jaki ładny krzaczek, jaki ładny widoczek, a jakie ładne miasteczko!) i koniecznością polegania na sobie, pozwala na zachowanie trzeźwości umysłu. Nie wspominając już o przyzwyczajeniu się do obezwładniającego wręcz bólu nóg 😉 (to jest naprawdę najmniejszy problem; źle by było, gdyby nie bolały!).

2️⃣ Sprawa druga, to podprogowe “wyuczenie się” trasy pierwszego odcinka – zaczynając o 3 rano, nawet w świetle czołówki, trasa musi być mi znana. Będzie ciemno, zimno, a ja będę biegła ramię w ramię z doświadczonymi ultrasami. Przynajmniej na starcie chcę czuć, że przez kolejne 35km wiem jak mam rozłożyć siły na trasie dokładnie w odniesieniu do konkretnych punktów.

3️⃣ Po trzecie, zrzucenie z siebie presji czasu. Wspominałam już, że mój Garmin nie działa, prawda? Geniusz taki jak ja wybiera się na 4 tygodnie treningów bez ładowarki do zegarka 🙂 Geniusz-Eugeniusz. Aczkolwiek, dobrze się wydarzyło, bo … zaczęłam biegać na samopoczucie i naprawdę, w kontekście wytrzymałości (biegowej, rowerowej) naprawdę jestem bardzo zadowolona. Co więcej, celem mojego ultra treningu było zwolnieeeenie tempa. Mając świadomość pewnego limitu czasu (np. 5.5h Krynica – Rytro), fizycznie bolesne było dla mnie zwolenienie do tego stopnia, że wylądowałam tam tak naprawdę “na styk”. Ale tutaj nie chodziło o czas, tylko o rozłożenie sił w oparciu o wsłuchanie się we własny organizm tak, aby udźwignąć dwudniowy wysiłek. Bo przecież, jestem zdana przez dwa dni na siebie – jeśli “zajadę się” pierwszego dnia, wykręcając szaleńcze tempo, to będę miała poważny problem drugiego dnia. Uczy to też szacunku do własnego ciała – musimy współpracować sami ze sobą, a nie “dawać w palnik”, jakby nasze ciało i umysł coś nam złego zrobiły.

4️⃣ Ważnym czwartym aspektem jest przywyknięcie do polegania tylko na sobie – na zawodach jest o tyle łatwiej, że z numerem startowym oraz pokaźną dawką adrenaliny, otrzymujemy też wsparcie ze strony organizatora (czyt. przepaki, punkty z wyżywieniem). W przypadku tego treningu, założenie to przede wszystkim – spakowanie się w maleńki plecaczek biegowy (jedzenie, picie oraz rzeczy na przenocowanie w schronisku) oraz uzupełnianie zapasów w konkretnych punktach (Rytro, Szczawnica etc.). To przede wszystkim rewelacyjna lekcja polegania na sobie, przygotowania logistycznego oraz zaufania do własnych możliwości.

5️⃣ Nie mogę pominąć ostatniego punktu jakim jest po prostu potrzeba przebywania w górach. Chęć sprawdzenia się przed samą sobą. Żaden start w jakimkolwiek biegu, nie dał mi tak ogromnej satysfakcji jak nawet najkrótsza przebieżka górskimi szlakami. Uwielbiam samotnię jaką dają góry, ale i pozytywną energię piechurów na szlaku. Uwielbiam niewygodę, do której zmuszają góry, jak i refleksji i zapomnienia o tym, że istnieje coś poza “tu i teraz”.

**Przygotowania **

Zakwaterowanie:

Przygotowania do biegu, zaczęłam od wybrania miejsca, w którym spędzę noc. Padło na Bacówkę pod Bereśnikiem, którą mogę z czystym sumieniem każdemu, kto chciałby odpocząć od zgiełku miasta ze względu na rewelacyjny zespół prowadzący schronisko, przepyszne jedzenie, czyste wszystko oraz naprawdę rozsądne ceny.

Trasa:

Tak jak powyżej opisałam, pierwszy dzień to dystans 50km z Krynicy do Bacówki PTTK pod Bereśnikiem; Drugi dzień to trasa do Szczawnicy (tutaj busikiem do Jaworek) i z Białej Wody do Piwnicznej-Zdrój +/- 25km. Jednakże, trasy z Bereśnika do Piwnicznej n i e planowałam. Wybór trasy miał zależeć od mojego porannego samopoczucia.

Ekwipunek:

Warto pochylić się nad tym elementem, ponieważ bieg w pełni organizowany przez siebie wymaga bardzo konkretnego planu. Nie tylko trzeba zaplanować, co się będzie jadło, ale też przygotować się na spędzenie nocy poza domem.

  • Jedzenie: Przygotowałam sobie 6 batonów energetycznych (dobra kaloria, nakd, pure, oshee), wraz z sezamkami kokosowymi, 3 żelami huma, kopiko, bakaliami oraz 3 kromeczkami pełnoziarnistego z pastą z tofu, białkową owsiankę (na następny dzień), elektrolity oraz kopiko (must!). Założyłam, że będę jadła, co godzinę i uzupełnię zapasy w Rytrze, gdzie koniecznie kupię świeże owoce i zjem tam na miejscu, aby nie nosić niepotrzebnie.
  • Elektronika: Telefon, powerbank, ładowarka do telefonu, czołówka + niedziałający Garmin (dla fejmu go wzięłam).
  • Kosmetyki: maleńki żel, pasta do zębów, szczoteczka, plastry oraz mokre chusteczki (wierzcie mi, mogą uratować życie!)
  • Ubrania: ultra lekkie krótkie spodenki, koszulka, 2 pary skarpet (3 para funkcjonowała jako mój przenośny portfel hehe) oraz maleńki ręczniczek (30 X 50 CM, np. taki).
  • Inne: pieniądze (gotówka drobne, karta), dowód, zatyczki do uszu.

Dostosowanie ubioru do pogody: Wiedząc, że ma być około 23-25C bez szansy na opady (miałam ogromne szczęście, nawet w górach pogoda była niezmienna), wzięłam krótkie spodenki, stanik sportowy oraz koszulkę bez rękawów. Koniecznie, lekką kurteczkę, bandanę (przydatna, np. gdy jedno z ramiączek plecaka zacznie obcierać skórę) no i bielizna.

**A jak okazało się w praktyce? **

Zapraszam do czytania – dowiecie się, dlaczego nie warto wchodzić w dyskusje z psem pasterskim i jak bardzo może utrudnić życie nic nie znaczący opiłek w bucie, oraz jak niebiańsko mogą smakować pierogi z borówkami po prawie 11 godzinach na biegowych ścieżkach.

M.