Wracam do rzeczywistości po swoim pierwszym biegu ultra, kończąc na 88km po 15 godzinach walki. Nie dobiegłam do mety, nie otrzymałam medalu, zabrali mi numer startowy, a w wynikach widnieje kolorowe DNF (również moje pierwsze w karierze!). Nie mogło być lepiej! Bieg 7 Dolin na dystansie 100km okazał się dla mnie jednym z najpiękniejszych doświadczeń, uczących pokory i zawzięcia. Zapraszam do lektury o tym jak z przegranej zrobić życiową wygraną.

01.01 – 09.09.2018 9 miesięcy przygotowań

Powinnam napisać książkę o tym w jaki sposób żart przekształcił się w najprawdziwsze marzenie, któremu nadałam formę celu. Dokładnie rok temu, kończąc półmaraton na deptaku w Krynicy, podchwyciłam żarcik A za rok 100km, tak? i trochę z przymrużeniem oka, skinęłam głowę i z krzywym uśmieszkiem dodałam Tak, tak. Ja na pewno.

Żarcik zaczął przybierać bardziej wykrystalizowaną formę z tygodnia na dzień. W grudniu wiedziałam, że podejmę się wyzwania przygotowania i uporządkowania swojego życia na tyle, aby móc stanąć na starcie Biegu 7 Dolin o godzinie 3 rano i z ultra śmiałkami podjąć się wyzwania przebiegnięcia 100km. Celem samym w sobie NIE BYŁO przebiegnięcie 100km, ale przeorganizowanie swojego sposobu myślenia i życia (również tego zawodowego) na tyle, aby móc cieszyć się bieganiem długodystansowym i wzmocnić się na tyle by z uśmiechem stanąć na starcie biegu ultra, patrząc na zawodników z myślą No dobrze. Zrobiłam, co mogłam. Cieszę się, że tu jestem i walczę z wami!

Ostatnie 9 miesięcy było bez wątpienia jednym z najlepszych okresów w moim życiu. Nie tylko pod kątem biegania. Zaczęło się nieciekawie, bo cały styczeń nie biegałam ze względu na problemy sercowe (które notabene dały o siebie znać podczas B7D, ale o tym później), luty i marzec był powrotem do formy. Tutaj nieocenioną okazała się Kasia Gorlo, która dbała o moje przygotowanie treningowe przez kolejne 5 miesięcy i od której nauczyłam się jak ważnym jest jakość treningu na ilością wyklepanych kilometrów.

Luty to przede wszystkim powrót do biegania. Lekkie przebieżki, przystosowanie organizmu do wysiłku. Wtedy też udaje się wyrwać na kilkudniowy trekking po Majorce, co mocno wzmocniło moje morale i pozwoliło odpocząć. Marzec to start w 13. Półmaratonie Warszawskim, który kończę w przyzwoitym czasie 01:54:55 bez większej spiny. Co więcej, wracam do długich wybiegań, mając okazję biegać w Mediolanie i Bolonii. Na nowo zakochuję się w bieganiu. Kwiecień to głównie okres pisania pracy magisterskiej i skupienie się na bardziej intensywnych biegowych akcentach. Maj to start w  28. Biegu Konstytucji w Warszawie oraz w 6. Maratonie Lubelskim, który świetnie wspominam, nie tylko przez przepyszne lody na lubelskim rynku :). Czerwiec i lipiec to urozmaicanie treningów o wybiegania w crossie, oraz trening 35-km na trasie biegu (Krynica – Rytro), który kończę w 4.5h. Lipiec przynosi start w 28. Biegu Powstania Warszawskiego, a od sierpnia przenoszę się w góry, gdzie przez 4 tygodnie organizuję sobie obóz biegowo-rowerowy, mający mnie wzmocnić przed wrześniowym startem. Nadchodzi wrzesień, a ja czuję się silniejsza (fizycznie i psychicznie) niż kiedykolwiek wcześniej.

7.09.2018 – Dzień PRZED

Od samego rana dzień zapowiadał się piękny i słoneczny. Jako, że trzeba było pozwolić odpocząć nogom, oprócz spacerków po Krynicy-Zdrój, nie fundowałam im większego wysiłku. Była szybka wizyta u fizjoterapeuty – zielone światło, można biec! Nie obyło się bez ładowania węglowodanów (tutaj nieoceniona jest jednak pizza i lody!) jak i ładowania bateryjek pozytywną energią.

Odwiedziliśmy Targi EXPO w ramach Festiwalu Biegowego, gdzie nareszcie mogłam zaopatrzyć się w swoje ulubione żele Hüma (i jedyne, które toleruje mój żołądek), trochę elektrolitów w płynie oraz najważniejsze, odebrałam pakiet startowy. Bardzo ucieszył mnie fakt, że udało nam się spotkać z Marcinem Świercem, który wraz z Buff team opowiadał o starcie w UTMB oraz odpowiadał na pytania uczestników. Przesympatyczny gość z ogromnym doświadczeniem. Nie ukrywam, że dało mi to pozytywnego kopa 🙂

O 19.00 odbywa się odprawa, potem pakujemy się do samochodu i wracamy odpocząć do domu, aby złapać choć kilka godzin snu przed startem.

Buff Team podczas EXPO. Mega wartościowe!

No dobrze. To gdzie to tam biegniesz?

Zregenerowany biegacz, to biegacz szczęśliwy 🙂

8.09.2018 – Bieg 7 Dolin

START

Godzina 1:45. Dzwoni budzik, wyskakuję z łóżka jak oparzona i zaczynam się zbierać. Dzień wcześniej, przygotowaliśmy całą logistykę, tj. jedzenie na przepaki, zawartość do plecaka do wymiany na przepakach, ubrania na zmianę oraz całą rozpiskę czasów, które chciałabym osiągnąć, a które były wyznacznikiem dla mojego team’u, czekającego na mnie w Rytrze oraz Piwnicznej.

Godzina 2.05. Jem biały ryż z cynamonem, kurkumą i jabłkiem. Popijam herbatą z sokiem malinowym. Staram się nie denerwować. Uśmiecham się nieśmiało. Wkładam buty, gdzie o sznurówki zaczepiony jest już czip pomiaru czasu.

Godzina 2.45. Jesteśmy na deptaku w Krynicy-Zdrój, który wypełniony jest po brzegi ultrasami. Stoją, niektórzy skaczą, rozgrzewają się, śmieją, wyczekują w kolejce do toalety. Ktoś wspomina o stronie STS, gdzie można śledzić prognozy czasowe dla konkretnych zawodników. Podskakuję niecierpliwie, nazywając to rozgrzewką, a o 2.58 staję grzecznie w tłumie zawodników, gotowa na start.

Godzina 1.45. Przygotowania czas start.

Godzina 3.00. START! Biegniemy.

KRYNICA – RYTRO

Pierwszy 35km robię jak we śnie. Nogi są lekkie, ja jestem (o dziwo) wypoczęta. Cudnie jest zacząć bieg, gdzie nikt nie ściga się od samego rana. Mamy przecież 100km, aby się wykazać. Początkowo jest ciasno na wąskich leśnych ścieżkach, tracimy kilka do kilkunastu minut przez wolniejsze tempo, spowodowane “korkami” ultrasów. Wejście na Jaworzynę okazuje się przyjemniejsze w świetle księżyce oraz czołówek ponad 600 biegaczy. Jeśli miałabym opisać jeden z najbardziej pamiętliwych momentów podczas tego etapu, bez jakiejkolwiek wątpliwości byłby to łańcuszek biegnących zawodników, którzy przez pierwsze 3h mało co mówią, bardziej koncentrując się na każdym kroku, każdym kamieniu, każdym wystającym korzeniu.

Bardzo podobało mi się, gdy to ja narzuciłam tempo biegu, oświetlając sobie drogę z Jaworzyny aż do Hali Łabowskiej, a za mną ciągnął się łańcuszek biegaczy, którzy przez ponad 10km nie odstępowali mnie na krok. Ciekawym też były “rakiety”, które osiągały zawrotne wręcz prędkości na zbiegach, machając kończynami w chaotyczny sposób, a ostatecznie i tak lądowały na ziemi lub zbierały siły podczas dalszych odcinków, które wymagały przyspieszenia. No i po co tak pędzić?

Atmosfera nie do opisania. Godzina 5.30, za niedługo będzie Hala Łabowska, dzień budzi się do życia, w górach unoszą się mgły, a ziemia ma niesamowity zapach. Muszę przyznać, że wschód słońca będę wspominać najwyraźniej. Zmysły wariują, również budzą się po ponad 3-godzinnej walce z mrokiem oraz własnymi słabościami.

Docieram na Halę Łabowską w niecałe 3h (kontrola czasu + punkt odżywczy). Kilka łyków wody, gorącej herbaty i w drogę. Stamtąd już szybciutko do Rytra, gdzie docieram po 1:45min (długo, miałam nadzieję, że uda mi się max w 1.5h).

W drodze do Rytra, godzina 5:30? Źródło: festiwalbiegowy.pl

RYTRO – PIWNICZNA

Dzień przywitał nas słońcem i dość wysoką temperaturą. Zbieg z Rytra nie dał mi się tak we znaki jak zakładałam. Na trasie udało się poznać kilku “ultra-wyjadaczy”, którzy (o dziwo) zamiast wyprzedzać moją skromną osobę, decydowali się na chwilę pogaduszek o ich ultra wyczynach. Hm. Całkiem ciekawie, ale w Rytrze pożegnaliśmy się, a ja pognałam ostatnie 3km niebieskim szlakiem aż do Hotelu “Perła Południa”. 3km lekko pod górę, gdzie większość nocnych “rakiet” była tak zmęczona, że ledwo przebierała nogami. Jaką to było satysfakcją móc biec leciutko i motywować pozostałych do podkręcenia tempa :-).

Przepak 1: Rytro

Wbiegam na przepak o godzinie 04:48:05, gdzie wolontariuszka wykrzykuje mój numer startowy, a najlepszy support team ❤️czeka z pełnym koszykiem jedzenia oraz ciuchów na zmianę. Po serii pytań Jak się czujesz? Co cię boli? Żyjesz? Co zjesz? decyduje się wodę, herbatę i 2 bułeczki pełnoziarniste z pastą z tofu. Kilka uścisków, świeża woda w bukłaku, szot magnezowy, kawałek banana w dłoni i mogę lecieć dalej. Nie przebieram się, jest godzina 8.00 – temperatura około 13C, w lesie wilgoć w powietrzu (90%) i chłód. Biegnę w krótkich spodenkach, skarpetkach kompresyjnych, termoaktywnej koszulce z długim rękawem oraz T-shircie na bluzce. Plecak wydaje się nie ciążyć tak bardzo, ograniczam jedzenie do minimum (żele, lekkie batony), bukłak maksymalnie 1.5L wody. Napieramy!

Podejście na Przehybę ma około 8.5km i jest piekielne. To ponad godzina wdrapywania się na szczyt. Mam świetną okazję by w międzyczasie porozmawiać z bardziej doświadczonymi ode mnie biegaczami i tak oto poznaję sympatycznego starszego pana, który na swoim koncie ma ponad 20 ultra maratonów, a w Festiwalu bierze udział od samego początku. Powtarza, że wielokrotnie jest lepiej dynamicznie maszerować niż wykańczać się truchtem. Biorę jego słowa do serca, podłączam się pod jego drużynę (a on sam stanowił część zespołu, biorącego udział w drużynowym wyścigu Biegu 7 Dolin), z którą docieram do PTTK Przehyba w  czasie 06:51:42 (44km), czyli o godzinie 9:52. Chwila oddechu, przed 10.00 wyruszam dalej. Trochę martwi mnie pogarszająca się pogoda. Mimo dobrej prognozy pogody (czyt. lekkie zachmurzenie, temperatura do 17-18C), nad głowami zbierają się ciemne chmury.

Jednak, nie tracę optymizmu. Nogi lekko zaczynają już boleć. W końcu, przemierzyłam już 44km. Bez problemu robię agrafkę (nawrót na trasie biegu) i tak oto, docieram do Radziejowej i tutaj, niespodzianka. Zaczyna padać. Na szczęście, kończy się na krótkim prysznicu, który działa bardziej ożywczo niż mogło by się przypuszczać. Uparcie napieram na przód. Podczas zbiegu, zatrzymuje mnie jeden z ultrasów, dziękując za to, że witałam wszystkich uczestników na Przehybie uśmiechem, który dał im pozytywnego kopa na resztę trasy. Muszę przyznać, że usłyszeć coś takiego miłego po ponad 7 godzinach w trasie, jest naprawdę przejmujące – prawie tak jak wschód słońca przed 6 rano z górskich szczytów.

Biegnę dalej. Deszcz zelżał. Dobiegam do Obidzy bez większych problemów. Trasa jest rewelacyjnie oznaczona, nie ma najmniejszego problemu z nawigacją. Od Obidzy kieruję się już zielonym szlakiem do Eliaszówki, a stamtąd Piwowarówka i ulubione dla wszystkich biegaczy (wyczuwamy ironię, prawda?), płyty betonowe na zbiegu do Piwnicznej, które ostro dają w kość naszym kostkom i kolanom. Podczas biegu na Eliaszówkę, jestem świadkiem wiekopomnych dywagacji filozoficznych ultrasów, którzy chcąc zapomnieć o bólu kończyć dolnych (i górnych! Wierzcie mi, że prawie 10h ciągłego machania i asekurowania się rękoma ostro daje popalić), rozmawiają zawzięcie, a ja tylko uśmiecham się do siebie pod nosem. Aż do Piwowarówki leciutko biegnę, a nogi zdają się z każdym kilometrem coraz bardziej sztywnieć. Mam mocno obtarte pięty, co też utrudnia mi zbiegi. Na szczęście, wychodzi słońce, a ja z celem dobiegnięcia przed 13.30 lecę do Piwnicznej.

Rytro, 7:50: Przepak 1.

Przepak 2: Piwniczna-Zdrój

Czy już wspominałam o tym, że jednym z najfajniejszych aspektów biegu była świadomość, że na przepakach czeka na mnie mój support crew? Gdy nogi bolały, a ciało zdawało się krzyczeć “ej laska, wystarczy już”, to wiedziałam, że jeszcze te 20km, 50 minut, 200m … i nie tylko odpocznę oraz zjem, ale przede wszystkim zobaczę osoby, które od 9 miesięcy wytrwale funkcjonowały z moją biegową obsesją, a w dniu biegu – od godziny 1.40 były ze mną na nogach, spotykając się w punktach przepakowych i dbając o to by niczego mi nie brakowało.

Dobiegam do Piwnicznej po 10:16:45h, dokładnie o 13:18. Proszę chłopaków o czyste skarpetki i buty na zmianę. Sprawdzam odciski i aż się zapowietrzam – jest o wiele gorzej niż się spodziewałam. Aczkolwiek, wszystkie palce w komplecie, a żaden paznokieć nie ucierpiał. To ogromny sukces!

Wcinam ryż z cynamonem i jabłkami, popijam redbullem, szybki masaż nóg (o boże, ale ulga) i wyruszam przed siebie. Mam 2h, aby dostać się do kolejnego punktu pomiaru czasu. Napieram dalej!

Docieram do Łomnicy w okropnym upale. Zaczynam rozważać przebranie długiego rękawa na krótszy, ale porzucam pomysł, gdy po dosłownie 10 minutach całe niebo zostaje przysłonięte ciemnymi chmurami. Pogoda zmienia się błyskawicznie. Dobiegam do Wierchomli Wielkiej przemoknięta do szpiku kości. Oberwanie chmury sprawia, że przez resztę trasy biegnę w strugach deszczu. Jest godzina 16.00, idealnie w 2h docieram do punktu kontrolnego, 5 minut przed limitem czasowym. Dowiaduję się, że udaje mi się “rzutem na taśmę” i obsługa się pyta, czy chcę dalej biec w taką pogodę.

Jestem oburzona. Oczywiście, że chcę! Ba, nie po to biegłam te 77km by jakiś tam deszczyk pokrzyżował mi plany. Moja zawziętość jednak nie udziela się wszystkim i bardzo dużo biegaczy decyduje się na powrót na start i DNF.

Zabieram dwa ziemniaki do kieszeni, wypijam trochę wody i napieram na szczyt Wierchomli. Truchtam po asfalcie i dołącza do mnie jeden z biegaczy z pytaniem jak długie jest podejście. Odpowiadam, że jedno z trudniejszych, ale powinniśmy dać radę. On pełen wątpliwości, chce odpuścić – nie damy rady w 2h. Patrzę się na niego zbulwersowana – no bo jak to, przebiec tak daleko i teraz poddawać w wątpliwość wysiłek, bo “chyba nie damy rady”. Patrzę na niego jak na wariata i odpowiadam, że jeśli się nie weźmie w garść, to się nie dowie. Macham mu na pożegnanie z nadzieją, że facet nie zrezygnuje i lecę dalej.

Pada. Nie. Leje jak z cebra. Pojawia się mgła. Pogoda jak w połowie października. Biegacze “łańcuszkiem” wdrapują się na Wierchomlę. Prawa, lewa. Prawa, lewa. Nie pozwalam sobie na chwilę zwątpienia. Mam 2h, aby dotrzeć do Bacówki na Wierchomli Małej. Dam radę. Prawa, lewa. Prawa, lewa. Pada. Jest zimno. Patrzę w niebo. Zaczyna bardzo mocno wiać. Czuję jak ziąb przenika każdą komórkę mojego ciała. Wdrapuję się na grań. Zaczynam truchtać, przebiegam koło kilkudziesięciu biegaczy. Wielu z nich krzyczy za mną, że nie warto już się tak starać. Pukam się w głowę i zastanawiam się, co im da tego typu nastawienie. Jakoś z tej góry muszą zejść. Mnie też bolą nogi, jest mi zimno, a wargi mam tak popękane od wiatru, że ledwo mogę otworzyć usta. Nogi tak mnie bolą, że przestaje je czuć. Znacie ten rodzaj bólu, który na początku paraliżuje, a potem z biegiem czasu człowiek się przyzwyczaja i wypiera te negatywne odczucia ze świadomości? No właśnie. Chciałam walki, mam walkę.

Jest godzina 16.58. Niebezpiecznie robi się bardzo ciemno. Wieje tak bardzo, że ledwo można ustać na nogach. Mijam kolejnych biegaczy. Staram się ich zmotywować – nie myśleć ludzie, biec! Do końca. Nie wolno być takim mięczakiem!

Mam dokładnie godzinę by dotrzeć do punktu pomiaru czasu. Mam szansę. Zaczynam zbieg. Jest okropne błoto, kamienie osuwają mi się pod nogami. Na szczęście docieram w jednym kawałku na sam dół. Mam jednak spory problem. Nogi nogami, ale widzę, że całkowicie spuchła mi lewa ręka. Patrzę, a moja dłoń napuchła tak bardzo, że nie potrafiłam zgiąć ani jednego palca. Koszulka wydała mi się nagle bardzo obcisła, a zegarek musiałam poluzować o ponad 5 dziurek. Niesamowicie mnie to zmartwiło – miałam w pamięci swoje problemy z sercem, a niezbyt uśmiechało mi się, aby doprowadzić do zakrzepicy. Jak wariat zaczęłam tą ręką machać, robić różne ćwiczenia – niestety, nic to nie dało. Ba, puchnąć zaczęła również prawa ręka. Wciąż machając zaczerwionymi dłońmi jak szaleniec, dobiegłam jednak do punktu kontrolnego na 83km w 14:11:31h. Osoby obsługujące ten punkt mocna dopingowały biegaczy, informując, że w 50 minut mamy szansę jeszcze “ugryźć” te 5.2km i mamy walczyć do końca.

Zawzięłam się jak nigdy. Przez te 50 minut krew pulsowała mi w każdej komórce ciała tylko po to by dać z siebie wszystko do punktu pomiaru czasu. Nie interesowało mnie, co będzie dalej. Miałam tylko cel nie poddać się, nie poddawać swojej siły w wątpliwość. Napierać, napierać. Wraz z kilkoma biegaczami mocno się motywowaliśmy. Bieg, trucht, marsz. Znowu trucht, jeszcze tylko 200m biegu, lekki podbiegi, teraz marsz … Te 50 minut było wisienką na torcie biegu. Patrząc na ogrom determinacji biegaczy, walczących o każdą minutę oraz moje własne zaparcie – właśnie TO buduje charakter.

Pada. Wieje. Ja nagle zostaje sama na trasie. Wielu biegaczy albo wysunęło się na przód, reszta zniknęła z tyłu. Nagle zaczynam mieć mroczki przed oczami. Powtarzam sobie, że to pewnie krople wody na okularach. Nie dopuszczam do siebie myśli, że słabnę. NIE TERAZ!

Staram się chwytać każdej pozytywnej myśli. Prowadzę wewnętrzny dialog, milion myśli na sekundę. No i co ja na fejsie napiszę? Że co – że tyle miesięcy i nie dobiegłam do 100km? Że odpuszczam? Że bolą mnie nogi tak bardzo, że muszę patrzeć w dół by się upewnić, czy nadal tam są?

Piwniczna-Zdrój, 13:20: Przepak 2 (Ty, ale wszystko spakowałeś?!)

DNF na Wierchomli

Docieram do Bacówki dokładnie w 15 godzin i 4 minuty. Ostatni punkt pomiaru czasu.

4 minuty po limicie czasowym.

Podchodzi do mnie sędzia. Bardzo mi przykro, niewiele zabrakło, maleńka. 4 minuty.

Patrzę na niego tak jakby mówił, że to już koniec imprezy i trzeba wracać do domu. Oddaję swój numer startowy i wpisuję się na listę DNF. Pada jak z cebra. Zapada powoli zmrok. Zaczynają dobiegać pozostali biegacze, który patrzą na mnie ze smutkiem i powtarzają jak mantrę słowa sędziego – *Tak niewiele ci zabrakło. *Dobiega jedna biegaczka. Podchodzę do niej i gratuluję wysiłku, a ona zaczyna płakać. Patrzę na to wszystko i nie mieści mi się w głowie jak kilka minut może przekreślić ogrom włożonego wysiłku.

Mam DNF. Idę na bok i podziwiam panoramę Beskidów. Słońce zachodzi, a ja patrzę na ten pokaz naturalnego piękna. 15 godzin by to zobaczyć. Krople deszczu spadają mi z nosa, a ja wmawiam sobie, że to deszcz, a nie łzy. Nie jest mi smutno, nie czuję ukłucia rozczarowania. Przebiegłam 88km!!!! Nie zrezygnowałam. Nie odpuściłam. Walczyłam do samego końca z bólem, pogodą i własnymi słabościami. Byłam w tym zupełnie sama. Nie tylko dotrwałam, ja żyłam pełnią wrażeń przez każdą sekundę tego biegu.

Uśmiechnęłam się. Do siebie. Do życia. Pogratulowałam sobie wysiłku. Łapię za telefon, piszę wiadomość “88km 4 minuty po limicie hehehe do zobaczenia w krynicy za 40minut” i wsiadam do busa, który zawiezie nas na deptak na Krynicę.

Podsumowanie

Po raz pierwszy w swojej biegowej karierze kończę bieg bez medalu, bez finiszu na mecie, z DNF w wynikach. Po raz pierwszy w swoim dorosłym życiu przyjmuję porażkę jako wygraną. Od samego początku moim celem było stanąć na starcie silną, ze spokojem ducha i ciekawością tego, co będzie. Przez 88km nie miałam większego kryzysu. Nie miałam ściany. Ja miałam prosty plan do wykonania – najpierw prawa, potem lewa stopa i tak 120 tysięcy razy. Jeść, pić i spotkać się z moim zespołem na przepakach. Podziwiać naturę i cieszyć się, że zdecydowałam się na te doświadczenie. Bieg nocą z czołówkami, wschód słońca, energia biegaczy … ściana deszczu, przeszywający deszcz i nauka słuchania własnego organizmu.

Za każdym razem, gdy dobiegałam na przepaki słyszałam Jak ty świeżo wyglądasz! Bo naprawdę tak się czułam. Ja realizowałam swoje marzenie. Przez 9 miesięcy mocno trenowałam, cieszyłam się z czasu poświęconego na treningi. Całkowicie zmieniłam swój sposób myślenia tak, aby zaprogramować się na naukę uważności, a nie odhaczania konkretnych punktów z listy. Zdecydowałam się na to start mimo swojej bardzo krótkiej historii biegowej. Nie jestem w końcu szybka – ale wytrzymała, o bardzo!

Wystartowałam o 3 nad ranem na górskie ścieżki. Przez 15h byłam w ciągłym ruchu. Walczyłam o każde podejście. Każdy kilometr był dla mnie realizacją mojego marzenia. Kiedyś tylko z podziwem patrzyłam na zdjęcia “tych, co setkę robią”. Teraz, sama jestem na takim zdjęciu 🙂 Doświadczyłam nocy w górach, widziałam budzący się dzień. Do 66km biegłam jak na skrzydłach. Było mi lekko, dobrze. Nie miałam problemów żołądkowych, nie miałam wątpliwości, co do swojej siły i wytrzymałości. Zaczęłam słabnąć, gdy zepsuła się pogoda. Nagle, zaczęłam walczyć o przetrwanie. Nie sądziłam, że istnieją we mnie takie pokłady – że jestem tak zawzięta i uparta. Ja, jedna z najmłodszych uczestniczek Biegu 7 Dolin, przegoniła o wiele silniejszych i szybszych biegaczy, bo odpuścili. Bo się poddali. Bo nie wygrali głową ze sobą.

Kocham biegać długie dystanse. Bo pokazują na co nas stać.

Z ręką na sercu mogę napisać, że jestem bardzo szczęśliwa. Cieszę się, że przebiegłam 88km podczas swojego pierwszego ultra i mimo tego, że zabrakło mi malutko – to nie jest istotne. 9 miesięcy poprzedzające bieg zbudowały fundament nie do ruszenia. Pewnie, jest lekkie ukłucie w sercu z poczuciem *Ah. Było tak blisko. Gdybym narzuciła sobie większe tempo (a nie narzucałam wcale hehe), trochę mniej czasu na przepakach, dodatkowa godzina murowana. *Aczkolwiek, popełniwszy 29328382 błędów, mam super materiał do analizy na przyszły rok. Jak na pierwszy raz, “rekonesans ultra” wykonany w 100%.

Dziękuję k a ż d e j osobie, która przez ostatnie miesiące wspierała mnie osobiście oraz online podczas mojej przygody. BARDZO to doceniam i rozpiera mnie pozytywna energia na myśl, że choć trochę mogłam się podzielić swoją miłością do góry i biegania.

Przede wszystkim dziękuję mojej drugiej połówce, która niewzruszenie wspierała mnie od samego początku i przekonała mnie, że Marto, tutaj chodzi o fun. Biegnij i korzystaj. Śmieję się, że przebiegliśmy te 88km razem – po maratonie na głowę. Dziękuję też moim rodzicom, którzy mimo przekonania, że umrę i zjedzą mnie wilki w lesie w nocy, to zrobili wszystko by móc umożliwić mi start i wspierali na każdym kroku.

Dziękuję! Wierzcie mi, że to jeszcze nie koniec przygód. Głupio byłoby tak teraz odpuścić, co?

Keep tight,

M.