Zapraszam do drugiej części podsumowania roku 2018, który był istną rewolucją nie tylko w moim treningu biegowym, ale przede wszystkim w podejściu do aktywności fizycznej per se. Druga część roku była pełna wzlotów i upadków, które notabene zafundowały mi porządną lekcję pokory – zaakceptowanie swoich słabości nie było łatwe, ale dopiero teraz dostrzegam jaką daje to siłę.

Pierwszą część podsumowania skończyła się wraz z końcem lipca, który całkowicie rozłożył mnie na łopatki ilością wydarzeń życiowych, które doprowadziły do tego, że zdecydowałam ograniczyć to, co materialne do jednego plecaka i roweru. Kupiłam bilet w jedną stronę. Pomachałam Warszawie na do widzenia. Wsiadłam w pociąg. Przesiadłam się do kolejnego, tym razem do klasycznego REGIO, który dowiózł mnie na koniec świata.

Sierpień

Wróciłam do domu. W moje ukochane Beskidy. Z butami biegowymi przewieszonymi przez plecak i kaskiem rowerowym, który lekko przekrzywiony dumnie ochraniał moją czaszkę. Hej! To już czas najwyższy, aby zdobyć okoliczne szczyty – które dumnie spoglądały na moją wątłą postać, która starała się wgramolić z całym dorobkiem do okolicznego busika do domu.

Sierpień to wstawanie przed 7 i codzienne lekkie przebieżki do strumienia. Medytacje i joga. Sama nie mogłam uwierzyć w to, że nareszcie tworzę swój własny bezpieczny azyl na ziemi. Naładowana pozytywną energią i dobrym śniadaniem, siadałam do pracy, a popołudniami robiłam mocniejsze biegowe akcenty lub uciekałam na rower.

Dwukrotnie spakowałam się w malutki biegowy plecak i pomknęłam przed siebie w góry. O pierwszej wyprawie przeczytacie tutaj, a o drugiej tutaj. Najpierw zdecydowałam się na dwudniową 75km wyprawę pod Szczawnicę, a następnie do Piwnicznej-Zdrój – do dzisiaj wspominam z jaką ulgą przywitałam Bacówkę pod Bereśnikiem po prawie 12h w trasie 🙂 Ale czego nie robi się dla poczucia wolności! Druga wyprawa była o wiele krótsza – wyruszyłam ze Starego Sącza do Szczawnicy żółtym szlakiem, a następnie przez słowacką część Pienin, Czerwony Klasztor – do Krościenka n/Dunajcem. Wspaniale. Było po prostu wspaniale.

Wybiegane kilometry: 310km; Rowerowo: 359km;

Wrzesień

Mój nieoceniony support przybywa z początkiem września by na tydzień przed startem w Biegu 7 Dolin, przypilnować, że biorę tappering na poważnie, a głowa nie wariuje przed największym wyzwaniem 2018. Cudne lekkie przebieżki i dużo roweru na odmulenie. Idylla. Prawie zapominam o dniu ZERO. Prawie … bo nim się obróciłam, już nadszedł dzień próby.

Dzień 8 wrzesień 2018. Godzina 3:00 rano.

Stoję na linii startu w Krynicy-Zdrój. Obracam się i widzę (jak mniemam) samych doświadczonych biegaczy. Czuję poddenerwowanie, ale nie jestem przerażona. Jasne, że się boję – tylko głupi by się nie bał. Jest we mnie jednak ciekawość i ogromna radość. Dałam radę !!! Było we mnie na tyle zawzięcia i determinacji by stanąć właśnie w tym miejscu, spojrzeć na tych wszystkich biegaczy i pomyśleć o sobie jako o … trzmielu. Znacie tę historię? Według naukowców, trzmiel nie powinien latać. Powierzchnia nośna jego skrzydeł jest za mała w stosunku do jego masy ciała. Ale trzmiel o tym nie wie i lata. W tamtym momencie, o godzinie 2:59 byłam takim trzmielem.

Finalnie, jak wiecie, biegu nie ukończyłam. Dobiegłam do 88km i przekroczyłam limit czasu 0 4 minuty. Bolesna lekcja pokory i najcenniejsza lekcja na przyszłość. Cel swój zrealizowałam – będąc trzmielem stanęłam na linii startu, a każdy kilometr tej 88km podróży był najpiękniejszym z tych, które w swoim życiu pokonałam. Oczywiście, pojawiła się gorycz porażki i spore rozczarowanie. Z tej perspektywy jednak wiem, że całkowicie rozłożyła mnie na łopatki strategia biegu. Fizycznie było naprawdę OK, ale taktyka (a raczej jej brak) na 100km bieg to NO-GO. I fajnie. Bo przynajmniej mam pole do popisu na przyszły rok 😉

Wybiegane kilometry: 135km; Rowerowo: 380km;

Październik

Wracam do Warszawy! Tak, tak – koniec sielanki. Czas wracać do normalnego życia. Niczym niezmącone poranki odeszły w niepamięć, a ja na nowo staram się uporządkować swoją rzeczywistość. Nie zaprzeczam – to też nowe wyzwanie, które chętnie przywitałam po sportowej sinusoidzie ostatnich 9 miesięcy.

W październiku zyskuję kompana biegowego, który przez 5 tygodni ramię w ramię (i noga w nogę!) towarzyszy mi w luźnych przebieżkach i marszo-biegach. Powoli zaczynam odczuwać głód biegania. Mam bardzo dużo szczęścia (odpukać w niemalowane) – nie mam żadnej kontuzji, a fizycznie czuję się bardzo dobrze.

Luźne przebieżki. Trening siłowy i dużo basenu. Pogodziłam się z plankami i pompkami. Ciekawe.

Wybiegane kilometry: 175km; Rowerowo: 191km;

Listopad

Kolejny miesiąc roztrenowania. Obiecałam sobie, że nie będę narzucała sobie niepotrzebnej presji – nigdy nie wychodziło mi to na zdrowie. Mimo tego, że wydaje mi się zawsze, że gdy przestaję biegać na dłużej niż 2 dni, to mój fitness level spada to poziomu ujemnego, to musiałam się mentalnie przemóc by wrzucić na luz. Utrzymać niski poziom intensywności treningu biegowego przez kolejny miesiąc.

11.11.2018 – Bieg Niepodległości i nasza pierwsza wspólna dycha 🙂

Siłownie odwiedzam, co drugi dzień i całkiem na serio biorę kwestię rozciągania i rollera (a to osiągnięcie!).

Wybiegane kilometry: 146km; Rowerowo: 120km;

Grudzień

Sezon zimowy w pełni!

Rower zasmucony odstawiony w kąt. Pogoda nas nie rozpieszcza, ale mimo to staram się przynajmniej 3 razy w tygodniu luźno pobiegać. Zdarzają mi się podbiegi, kilka szybszych akcentów. Raczej jednak po to by “odmulić nogi”, a nie dla konkretnego celu.

Druga część miesiąca to przebieżki w górach i moje ukochane sporty zimowe, czyli narty 🙂 Mam ogromne szczęście i znajduję śnieg tej zimy – szusowanie stanowi świetne zwieńczenie mojego roztrenowania i z niecierpliwością wyczekuję na początek sezonu !!!

Wybiegane kilometry: 150km;

Podsumowanie 2018 w liczbach

Wybiegane ponad 1 900 km na asfaltowych drogach; krzywych warszawskich, bolońskich, mediolańskich i katowickich chodnikach; górskich ścieżkach Beskidów; po puszczach małych i dużych; nużącej do granic możliwości bieżni mechanicznej; Agrykoli; po wpół zamrożonych polach Podhala; w śniegu i na piasku; na szczyt i z powrotem; na 11 piętro przez pół roku (bo winda to klaustrofobia); Polach Mokotowskich, wzdłuż Wisły i w Parku Skaryszewskim; na trasie Biegu 7 Dolin.

Uzależnienie od roweru w formie ponad 1 950 km od Warszawy po Pieniny.

WOW. Co to był za rok.

Rok wolności. Popełniania błędów. Ogromnej cierpliwości i determinacji wraz ze sporą dawką zawziętości. Aby nadchodzący 2019 przyniósł nam wszystkim dużo ciekawych wyzwań, życiówek i pokazał, że … każdy z nas jest trzmielem, który może wszystko 🙂

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku !!!

Keep tight,

M