Mija już drugi tydzień od naszego wyjazdu do Gdańska, który oczarował nas nie tylko wspaniale wiosenną pogodą i czystym powietrzem, ale przede wszystkim rewelacyjnie zorganizowanym biegiem w ramach Trójmiejskiego Ultra Track 2019. Nawet brak agrafek nie sprawił, że organizacja i przebieg imprezy straciły w moich oczach – wręcz przeciwnie, jak na ultrasów przystało – musieliśmy sobie sami radzić!

Gdy w piątkowe popołudnie pędziliśmy już z Warszawy nad polskie wybrzeże z perspektywą tych wszystkich przepysznych pierogów, które miały nam zagwarantować porządne naładowanie węglowodanami (tym razem – nie makaron!), nie zdawaliśmy sobie sprawy jak wiele pozytywnych wrażeń przyniesie nam ten lutowy weekend w Gdańsku. Zapraszam do lektury –relacja na temat zimowego cyklu TUT, a dokładniej startu na dystansie 18km, zwanego Grubą Piętnastką.

Piątek – 15.02.2019

Przybyliśmy do Gdańska w piątkowy chłodny wieczór, gdy temperatura na zewnątrz nie przekraczała 3 stopni Celsjusza, a niebo było dosłownie usłane gwiazdami. Super – dało nam to nadzieję na piękną pogodę kolejnego dnia. Jako, że pora była naprawdę późna, jedyne na czym się skupiliśmy, to dostarczenie sobie odpowiedniej ilości węglowodanów i tutaj zbawiennym okazała się rekomendacja Magdy, u której gościliśmy, że koniecznie musimy spróbować pierogów w Mandu. Oh, było warto! Ogromny wybór pierogów faktycznie robił wrażenie … ale pytanie pozostało,* czy naprawdę są aż tak dobre*?

Zamówiłam pierogi tradycyjnie gotowane w cieście z czarnuszką z ciecierzycą, szuszonymi pomidorami, orzechami laskowymi, natką pietruszki oraz cebulą podawane z wegańską okrasą. Niebo w gębie! Przy naszej następnej wizycie na Pomorzu, jestem przekonana, że tam wrócimy!

źródło: https://pierogarnia-mandu.pl/

Sobota – 16.02.2019

Od samego rana nie możemy wysiedzieć w miejscu. Lecimy do Galerii Manhattan (nie, nie – nie na zakupy!) – gdzie odbieramy pakiety startowe w Sklepie Biegacza. Zostajemy poinformowani również o wizycie Marcina Świerca, który w ten dzień ma podpisywać swoją najnowszą książkę – “Czas na ultra”. Szkoda, że czasowo nie damy ogarnąć tematu, więc zamiast czekać, łapiemy w rękę najnowszy egzemplarz Ultra i lecimy zwiedzać!

Mamy szczęście! Pogoda przepiękna. Mimo obietnicy o oszczędzaniu nóg – spędzamy cały dzień na spacerach po Trójmieście. Wykorzystując przychylne warunki pogodowe, spacerujemy przez kilka godzin po gdyńskich plażach, aby finalnie dotrzeć do Orłowa – skąd bierzemy pociąg powrotny do Gdańska. W międzyczasie, przeglądając nasz pakiet startowy okazuje się, że organizator pominął jeden, ale ważny szkopuł – nie ma agrafek. OK – myślę – gdzieś się dokupi. Jednak, w ferworze zwiedzania kompletnie wypada mi to z głowy …

Jeszcze szybka wizyta w osławionej gdańskiej Pikawie, której szarlotka podawana na ciepło z lodami potrafi doprowadzić do szybszej pracy serca – bezsprzecznie jedna z najlepszych szarlotek jakie kiedykolwiek miałam szansę spróbować 🙂 A miejsce samo w sobie mega klimatyczne.

Dzień kończymy ugotowaniem gigantycznej porcji makaronu z sosem pomidorowym z tofu, który jako, że przygotowany przez dwie utalentowane kucharki i jednego kucharza, znika w przeciągu kilka chwil. Nie można było lepiej zatroszczyć się o odpowiedni poziom węgli przed startem – jesteśmy gotowe na niedzielny start!

Niedziela – 17.02.2019

Organizator TUT Gruba 15 chciał mieć pewność, że uczestnicy biegu będą odpowiednio przygotowani logistycznie – dlatego też, w czwartek każdy uczestnik otrzymał obszerną wiadomość e-mail, w której nie tylko zostały wyszczególnione kwestie trasy oraz odbioru pakietów, ale również, warunki pogodowe oraz stan trasy (błoto, pozostałości śniegu). Było to pozytywnym zaskoczeniem, gdy organizator podkreślił, że każdy żel i batonik musi zostać podpisany numerem startowym, bo gwarantuje to natychmiastowe zidentyfikowanie “śmietnikarza” na trasie – sprytne!

Co więcej, każdy z nas został szczegółowo poinformowany odnośnie punktów odżywczych oraz lokalizacji startu i mety, jak i miejsca z prysznicami oraz parkingi. Ba, doskonale wiedzieliśmy jakiego typu piwa i drożdżówki będą na nas czekać zaraz za metą (a to najważniejsze)! Naprawdę, nie mogę się do niczego przyczepić. Jeśli jednak pojawiłaby się jakaś wątpliwość – wystarczyło wyszukać TUT na Facebooku i zadać ekipie pytanie.

Ze świadomością, że “mniej więcej” wiemy, czego się spodziewać – o godzinie 11.10 wyruszyliśmy na linię startu, która znajdowała się na ulicy Michałowskiego w Gdańsku. Dosłownie 10 minut od naszego zakwaterowania. W związku z tym, że pogoda była idealna na bieganie – 7C i lekkie zachmurzenie, ubrałam zwykłe długie legginsy do biegania, podkolanówki, koszulkę termoaktywną oraz najzwyklejszą w świecie bluzę z Decathlonu. Nie wiem, czy wspominałam ostatnio, ale jestem ogromną fanką polskiej marki Attiq i każda biegowa okazja jest dobra do zakupu nowej opaski – tym razem miałam swoją ulubioną 🙂

Godzina 11.25 – rozgrzewamy się przy lini startu, która jest po prostu kawałkiem taśmy, przeciągniętej przez teren osiedlowego boiska, za którym wznosi się stroma ponad 120-metrowa górka – stanowiąca pierwszy podbieg na trasie.

Godzina 11.31 – usłyszałyśmy jak z oddali “start” i tłum ruszył w naszą stronę (za późno zorientowałyśmy się, że faktycznie rozgrzewałyśmy się na lini startu). OK, no to ruszamy! Machamy do naszego supportu i bierzemy na celownik pierwszy podbieg. Dochodzę do wniosku, że bez sensu jest się forsować od samego początku i energicznie maszeruję, a rakiety biegowe wyprzedzają mnie z lewej i z prawej strony. Na wzniesieniu nagle wbiegam w chmurę zielonego dymu, który stanowi atrakcję organizatorów. Staram się odkaszlnąć zielone opary i lecimy dalej.

Trasa jest szalenie ciekawa. Zbiegi i podbiegi – po sprawdzeniu na Garminie, suma wzniesień wyniosła prawie 400m. Szczerze powiedziawszy, to nie spodziewałam się aż takich przewyższeń nad naszym pięknym polskim morzem. Obiecuję sobie, że wrócę jeszcze do Gdańska na jakieś małe ultra – teren wydaje się idealny! Co więcej, troszkę się ociepliło, więc i śniegu nie było na trasie. Pozostałości w formie błota nie można było uniknąć, ale nie było ogromnej tragedii. Dodam, że tym razem moje zasłużone Speedcross’y zostały w domu i biegłam w moich Pegasusach. Niezbyt dobry pomysł, bo było po prostu bardzo ślisko … jak to w terenie! Ale cóż, wszyscy zdrowi – ja straciłam tylko jeden paznokieć, więc możemy uznać to za sukces!

Przez pierwsze 5km “docierałyśmy się” z Magdą – starałyśmy się znaleźć wspólne tempo i odmulić nogi. Obiecałyśmy sobie luźno podejść do biegu i skupić się na tym by przyniósł nam jak najwięcej frajdy. Pierwsze 5km minęło niewiadomo kiedy – powstawało dużo “zatorów” na trasie ze względu na wąskie ścieżki (oraz błoto), a uczestników było kilkaset, więc naturalnie na pewnych odcinkach robiło się tłocznie. Kolejne 3km pyk, i nie ma. Od 8km lecimy jak na skrzydłach – mijamy punkt odżywczy z zachęcająco wyglądającymi drożdżówkami i cudnie pachnącą czarną herbatą, i biegniemy przed siebie. Jesteśmy jak na biegowym haju. Cieszymy sie pogodą, terenem i faktem, że biegniemy ramię w ramię po ponad 5-letniej przerwie! Dobiegamy tak do 15km, gdzie jeden z ostatnich podbiegów dosłownie rozkłada nas na łopatki. Widzę, że Magda zwalnia. Potem ja jestem coraz bardziej zachowawcza na zbiegach – widać, że opadamy z sił. Nie poddajemy się mimo to. Biegniemy – jeszcze 2km, 1 500m … i tak docieramy do końca Grubej 15 – META !!!

Na metę wbiegamy z szerokim uśmiechem i poczuciem ogromnej satysfakcji, że dałyśmy radę. Nie ukrywam, że Gruba 15 była dla mnie częścią terapii leczenia kompleksu DNF’a po wrześniowym B7D. Miło było poczuć ten przyjemny ciężar medalu finishera na szyi 🙂 Na mecie oprócz medali i prawdziwie górskiego (!) klimatu, czekało przepyszne jedzenie i uwaga, bezalkoholowy grzaniec – nie pamiętam by jakikolwiek ciepły napój tak bardzo mi smakował jak wtedy ten 0% grzaniec po Grubej 🙂 Szybko kilka zdjęć i wracamy na kwaterę – prysznic, porządna porcja makaronu, gofery na deser i … czas wracać do Warszawy!

Podsumowanie

Reasumując, TUT przygotował genialną imprezę. Nie tylko ze względu na aspekty logistyczne, sam klimat imprezy oraz zamówioną dobrą pogodę (!), ale przede wszystkim za ogromne zaangażowanie organizatorów, którzy sprawili, że z ogromną przyjemnością wrócimy w przyszłym roku na kolejną edycję TUT – może tym razem pokusimy się o Szybką 40?

Trzymajcie się ciepło,

M.