Wydaje się, że nie da się uciec od cukru. Jest dosłownie we wszystkim. Nawet w mieszance warzyw na patelnię jednej ze znanych marek (niby turbo fit). Jak więc znaleźć rozwiązanie by nie wystawiać na próby naszej silnej woli w związku z obecnością czekolady, ciast i ciasteczek oraz pozostałych słodkości? Zapraszam do czytania o 7 miesiącach detoksu cukrowego i jak one wpłynęły na moje zdrowie oraz samopoczucie.

Po co mi detoks cukrowy, czyli słów kilka o zaburzeniach odżywiania

Jedzenie jest bardzo ciekawym aspektem, bo nie możemy tak naprawdę bez niego normalnie funkcjonować. Zbilansowana i zróżnicowana dieta daje nam energię by radzić sobie z wyzwaniami dnia codziennego. **Gorzej jednak, gdy jedzenie zaczyna stanowić katalizator emocji i mechanizm “radzenia sobie” z problemami. **Wygląda to tak, że mocno kaloryczne jedzenie, które klasyfikujemy w naszej głowie jako zakazane jest najbardziej kuszące, bo “teraz to mam wszystko gdzieś”, “teraz albo nigdy”, “jutro już nic” … Nasz gadzi mózg pokazuje nam najłatwiejszą drogę do przetrwania, bo w końcu więcej energii, to większa szansa na przeżycie. Szybki strzał energetyczny to pożywka dla naszego instynktu przetrwania.

Na całego albo w ogóle. Tylko dobre albo tylko złe. Dozwolone lub zakazane. Czarno-biały świat.

Takie myśli często towarzyszą osobie, która boryka się z zaburzeniem odżywiania. Oczywiście, pod tą nazwą kryje się spectrum różnych chorób (anoreksja, bulimia, ortoreksja, zachowania kompulsywne), które mają jeden wspólny mianownik, a mianowicie – absolutnie patologiczną relację z jedzeniem. Jest to sposób na radzenie sobie z trudnymi emocjami jak strach, smutek, złość, czy zagubienie (i wiele, wiele innych!). Mówimy tutaj o objadaniu się, głodzeniu, zwracaniu całej zawartości żołądka po “ataku”, czy też na potęgę stosowania środków przeczyszczających.

Przez ponad 6 lat borykałam się sama ze sobą w chorej relacji z jedzeniem – o tym jednak napiszę dłuższego posta / nagram filmik, bo to dość obszerny (i ciekawy) temat. Tak, czy siak – wierzcie mi, że można opanować sztukę kamuflażu, że jest jakikolwiek problem do perfekcji (niestety).

Tutaj chcę opisać, dlaczego zrezygnowałam z produktów przetworzonych**, które przez lata sprawiały, że nie czułam się dobrze w swojej skórze**.

W grudniu 2018 nastąpił przełom. Po wrześniowym DNF popadłam w marazm – moja pewność siebie zaliczyła poważna próbę. Szukałam pocieszenia w jedzeniu – mogę i nikt mi nie zabroni, nikt mnie nie zdyskwalifikuje! Mimo tej pozornej “wolności”, czułam się fatalnie. Tak jakbym to nie ja decydowała o swoim życiu. W rezultacie, dobrnęłam do momentu, gdy rekompensując sobie smutki byłam już tak napuchnięta ilością wody zatrzymanej w organizmie, że powiedziałam sobie dość. Uświadomiłam sobie, że przecież to nie w jedzeniu jest problem, a raczej w tym jakie nadaje mu znaczenie. Zaczęłam zastanawiać się nad tym jak mogę sprawić by ten nadchodzący 2019 rok był rokiem rozwoju i zdrowego egoizmu, a nie popadaniem w paranoje i liczenie na to, że “jakoś to będzie”.

Detoks cukrowy: założenie

Wszystko mogę – nie ma produktów zakazanych.

Pierwsza podstawowa kwestia – **mogę zjeść dosłownie wszystko w zasięgu mojego wzroku **(zaskoczeni? 😉 ). Jednak, wiem jak pewne produkty na mnie wpływają i nie chcę skazywać się na niepotrzebne złe samopoczucie fizyczne i psychiczne. **Złudny strzał serotoniny spożywczej nie działa zbyt długo. **

Tyle razy próbowałam “rzucić słodycze” i nigdy jakoś nie wychodziło. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego. A no dlatego, że zawsze wiązało się z zakazem – dzisiaj wyczyszczę zawartość szafek z zakazanych produktów, ale od jutra nic nie wolno.

Tym samym, gdy tylko ktoś jadł coś słodkiego przy mnie lub nawet w filmie zobaczyłam, że coś “zakazanego” jest jedzone, to od razu włączało się poczucie straty. Przecież oni są tacy szczupli, a jedzą wszystko – to nie jest fair! Co działo się dalej? Wytrzymywałam maksymalnie jeden dzień i nadrabiałam swoją stratę za dwóch. Wracałam do punktu wyjścia.

W tym roku podjęłam prostą decyzję – mogę zjeść, co mi się podoba. Z tym zastrzeżeniem, że wybieram świadomie to, co jest dobre dla mojej głowy i mikrobów w moich jelitach. Zdefiniowałam listę produktów, które sprawiają, że nie mogę wyrwać się z pułapki swoich cukrowych uzależnień. Zrozumiałam też, że dopóki nie zrobię porządku ze sobą, to nie mam co nawet marzyć o tym by zawalczyć we wrześniu o 100km w Krynicy. Potrzebuję wewnętrznej siły, a nie toczącej się batalii ze samą sobą.

Detoks cukrowy: jak żyję od 7 miesięcy?

1. Uwolniłam się psychicznie od cukru.

Prosta sprawa. Wypisałam sobie produkty, które uważam, że są mi zbędne i które nie przynoszą mi radości, a jem je z przyzwyczajenia. Uzmysłowiłam swoje słabe punkty: czekolady i ciastka OREO, przemysłowe słodkie ciasta i ciasteczka, żelki itd. Jeśli sądzicie, że to, co wegańskie jest zdrowe, to naprawdę się mylicie – istnieje tona różnych wegańskich junk food’ów.

Co nazywam cukrem w moim detoksie? Przede wszystkim, odnosi się to ogólnie do produktów wysoce przetworzonych, które zawierają wszelkiego rodzaju substancje spulchniające, emulgatory, syrop glukozowo-fruktozowy, czy olej palmowy. Innymi słowy, nie jem “chamskim sklepowych słodyczy”. Nie zrozumcie mnie źle – jem normalnie owoce (świeże i suszone), czy też pozwalam sobie na naturalne sorbety, czy ciasta na bazie zdrowszych alternatyw. Sęk w tym by zachować zdrowy rozsądek :-).

2. Uporałam się z emocjonalnym jedzeniem.

Przede wszystkim dbam o 3 główne posiłki w ciągu dnia: śniadanie, obiad i kolacja. Staram się by nie były zlepką przypadkowych elementów. Absolutnie nie liczę kalorii. Jem intuicyjnie. W pewne dni jem więcej, w inne mniej. Staram się pozostać uważną – jem w spokoju, chociaż i tak zbyt często jem przed komputerem, czy filmem… Jem do momentu sytości, nie dojadam między posiłkami.

Nie jestem zestresowana tym, że jutro głodówka albo “już nie będzie wolno”. Odpuszczenie tej niewyobrażalnej presji pozwoliło mi się uwolnić i normalnie jeść. Naprawdę zdałam sobie sprawę z tego, że cukier jest mi niepotrzebny.

3. Wróciłam do “swojej wagi” i ją utrzymuję.

Wspaniale się czuję. Cały ten proces zmian jest cudowny sam w sobie. Poważnie. Po pierwszych dwóch tygodniach odcukrzania, gdy boli głowa, a człowiek jest rozdrażniony, nagle mam wrażenie, że widzę bardziej wyraźnie i jestem “trzeźwa”.

Zakochałam się w procesie zmian – nie skupiałam się na wyglądzie. Nie rzuciłam cukru by schudnąć. Celem był balans, czyli życie w zgodzie z własnymi potrzebami. Wsłuchanie się w nie. Śmieszne, że nie pamiętam bym kiedykolwiek tak dobrze czuła się w swoim ciele.

O ironio, moje ciało naturalnie zaczęło się zmieniać. Zyskałam dużo energii. Skóra, włosy i paznokcie nie potrzebują dodatkowych suplementów by dobrze wyglądać. Lepiej śpię. Nie dam Wam mojego zdjęcia PRZED i PO (bo tak naprawdę, work in progress), bo takiego nie mam. W grudniu byłam tak przytłoczona swoimi działaniami, że widziałam w sobie jedną wielką okrąglutką kulę śnieżną. Przez te 7 miesięcy nie ważyłam się praktycznie w ogóle – gdzie kiedyś ważyłam się codziennie lub co drugi dzień (maskara, nie wyobrażam sobie teraz tego). Waga kompletnie mnie nie interesuje (WOW!).

4. Osiągnęłam zamierzony balans!

Cieszę się, bo bardzo podoba mi się ten rok. Czuję się wolna od toksycznych myśli, które dla mnie były nierozerwalnie związane z zachowaniami kompulsywnymi, wyzwalane przez ogrom cukru w mojej diecie. Niby taka weganka, ultraska, a coś się ogarnąć nie może, hm? No cóż, każdy toczy swoje własne batalie 🙂

Opracowałam metodę małych kroczków (np. codziennych wyzwań – uśmiechnij się do siebie w lustrze, zjedz coś nowego, zaoferuj pomoc nieznajomej osobie, skomplementuj się), która nauczyła mnie życzliwości wobec siebie i pozwoliła mi się rozwijać.

Co więcej, sport stanowi nieodłączny, ale nie centralny element mojego życia. Przestałam się spinać wynikami, czy kolejnymi zawodami. Postanowiłam podjąć współpracę z trenerem, który mnie poprowadzi. O ironio, im więcej we mnie luzu, tym lżej mi się biega, a życiówki same się pojawiają. Mam w sobie dużo wdzięczności i szacunku jaki wkładam w swój rozwój sportowy.

Podsumowanie

Mocno osobisty post, w którym nieśmiało wychodzę upfront z problemem, o którym nie wspominałam za często. Nie ukrywam, że mocno się denerwuję myślą jak to przyjmiecie, bo nie jest to łatwe. Ale jestem szczera i cieszę się, że zdobywam się powoli na odwagę by o tym mówić. Na szczęście “wyszłam na prostą” (i przypisuję to między innymi decyzji o detoksie cukrowym!) i moim celem jest podzielić się swoim doświadczeniem, które może pomóc komuś, kto potrzebuje trochę dodatkowej siły.

Pewnie spodziewaliście się posta z prostymi punktami – PRZED i PO, a tu mamy taką epopeję. Chcę Wam tylko pokazać, że chcieć to móc. Czuję się naprawdę szczęśliwsza bez konieczności kupowania produktów, które dają złudne poczucie radości i kontroli.

Serio, warto!

Trzymajcie się, Marta