Miałam zakończyć sezon już we wrześniu, gdy pokonałam mój wymarzony przez lata dystans 100km i wydawało mi się, że nasycę się na tyle górami, że będę mogła rozpocząć regenerację przed kolejnym sezonem oraz wyzwaniami 2020. Jednak, gdy w grę wchodzi bieg w pięknych Bieszczadach, bez jakiejkolwiek spiny i w doborowym towarzystwie - spontanicznie postanowiłam, że pykłabym sobie 52km na pożegnanie gór i ultra dystansu na ten rok. To była dobra decyzja.

Co skłoniło mnie do wzięcia udziału w kolejnym ultra?

Przede wszystkim, po przebiegnięciu setki, tak jak się spodziewałam - pojawiło się poczucie pustki. Byłam całkiem nieźle przygotowana fizycznie i mięśniowo po kilku dniach, nogi same rwały się do kolejnych wyzwań. Wiedziałam, że muszę zacząć spokojnie i powolutku wrócić do biegania - organizm wciąż potrzebował odpoczynku.

Poczucie pustki jednak nie znikało - nie potrafiłam jej wypełnić długimi spacerami, basenem, treningiem uzupełniającym, czy rowerem. Zaczęłam głośno myśleć i pojawiło się hasło "Spotkajmy się na Bieszczadzkim!" ze strony Maćka, którego miałam przyjemność poznać przez mojego bloga (ależ ten świat mały) i który podjął się wyzwania zostania ultrasem właśnie podczas imprezy w Cisnej. Zaproponował on dystans 52km i od razu pojawiło mi się znane poczucie ekscytacji.

Zaczęłam czytać na temat biegu. Spodobała mi się traska ze względu na relatywnie niewielkie przewyższenie (1850m) oraz bardzo miękkie podłoże, wręcz idealne dla nóg po całym sezonie. Perspektywa biegu w Bieszczadach, w których nie byłam ponad 20 lat (!) i to w fenomenalnym towarzystwie, przekonała mnie na tyle, że od pojawienia się myśli w mojej głowie do zarejestrowania się i opłacenia pakietu minęły może 4 minuty.

źródło: http://www.maratonbieszczadzki.pl/wp-content/uploads/2019/10/Regulamin-VII-Hyundai-ultraMaratonu-Bieszczadzkiego-52km.pdf

Co więcej, założenie było jedno - żadnej presji. Bieg czysto towarzyski, podziwiamy widoczki, robimy zdjęcia i cieszymy się tym, że mamy dwie sprawne nogi i silne głowy, aby napierać na przód, ale całkowicie dla przyjemności - bez żadnej presji na wynik, czy obawy o DNF. To mi się podoba!

VII Ultramaraton Bieszczadzki, czyli co, gdzie i kiedy.

Gdzie i kiedy: Cisna (serce Bieszczad!), 11-12.10.2019.

Co: Impreza zorganizowana jest przez Fundację Bieg Rzeźnika i może to oznaczać tylko jedno - turbo pozytywna atmosfera, przepyszne jedzenie na punktach, pomocni wolontariusze i przede wszystkim, logistyka dopięta na ostatni guzik.

Do wyboru mamy 4 dystanse: 17 / 26 / 52 / 90km. Najwięksi tytani na dystansie 90km zaczynali zabawę już o północy z piątku na sobotę, a pozostali - w sobotni poranek. Co ciekawe, dystanse 52km i 17km startowały razem z Cisnej, a 26km z Solinki, gdzie zawodników dowiozła kolejka wąskotorowa (pełen czad!).

źródło: http://bit.ly/2OXpRtG

Dzień przed, czyli jak przejechać 500km i w 3.5h się zregenerować.

No tak, fajne to wszystko, ale jakoś trzeba w te Bieszczady dojechać. Perspektywa ponad 7-godzinnej jazdy z Mazowsza do bieszczadzkiej dziczy nie była zbyt przyjemna, ale - chcieć, to móc!

Dlatego też, przed godziną 14:00 w piątek, 11 października, wyruszyliśmy w road trip naszym autkiem na południe. Podróż mocno się przeciągnęła ze względu na koszmarne korki, ale udało się na szczęście dojechać przed 23 do biura zawodów i odebrać pakiet. To by dopiero było, gdybyśmy przejechali tyle kilometrów i nie zdążyli przed zamknięciem! A w pakiecie był turbo wypasiony plecak, który szalenie mi się podoba i mam zamiar się z nim nie rozstawać aż do śmierci :)

Po dojechaniu do Polańczyka, gdzie zatrzymaliśmy się na dwie noce, kompletnie nie mogłam zasnąć. Spakowałam plecak, przygotowałam sobie jedzonko na rano (standardowo owsianka z dżemem i bananem) i przez kilka ładnych godzin przewracałam się z boku na bok, wzdychając wniebogłosy. Finalnie, zanim zadzwonił budzik udało się złapać 3.5h snu.

Ekscytacja przedstartowa

Budzik zadzwonił przed 5. Szybkie śniadanko, kawka i 10min wyciszenia. Wlałam wodę do bukłaka, upewniłam się, że wszystko spakowałam i przed 6:00 byłam już w drodze do Cisnej. Zanim dojechałam i znalazłam wolne miejsce (a zaparkowałam na skraju prywatnej posesji i przez cały bieg się zastanawiałam, czy odholowali mi samochód, czy nie) minęło ponad 45 min. Cisna całkowicie zablokowana - samochód na samochodzie, biegacz na biegaczu.

Poleciałam jak oparzona na start. Byłam w niezłym niedoczasie. Muzyka i podekscytowanie biegiem docierało do mnie zewsząd. Szybka wizyta w toi-toi i 6:57 min stoję na starcie. Spotykam Maćka i Martynę, która supportowała nas na punktach (dzięki!!!). 6:59 - przybijamy z Maćkiem piątkę i życzymy sobie powodzenia. 7:00 - odpalamy zegarki, lecim.

Etap I: asfaltowe 14km

Mocno rozgrzewkowy pierwszy etap biegu. Nie powiem, żeby mi to nie odpowiadało. Początkowo biegniemy duktami leśnymi, a po około 6km przeskakujemy na asfalt. Delikatny wznios, ale nie daje za bardzo popalić. Pogoda dopisuje - jak na październik jest zaskakująco ciepło. Ponad 14C o godzinie 7:00 i bezchmurne niebo. Biegnę w krótkich spodenkach i w koszulce z długim rękawem, a w plecaku mam lekką kurtkę-wiatrówkę. Góry wyglądają zniewalająco.

źródło: http://bit.ly/2JfYR55

Docieramy do pierwszego punktu kontrolnego na 12km w 01h17min i po szybkim napełnieniu flasków, lecimy dalej. Po 2km asfaltu (tutaj mamy już znaczny wznios, łącznie do tego momentu 250m przewyższenia), gdzie dynamicznie maszerujemy, docieramy na niebieski szlak. Nareszcie góry!

Piękna złota jesień. Kolorowe liście mienią się na wietrze, a zapach jesieni zastyga w powietrzu mimo bardzo silnego wiatru.

Wdrapujemy się na pierwszy poważniejszy wznios (510m przewyższenia), który wiedzie bardzo wąską wydeptaną ścieżką. Trudno jest kogokolwiek wyprzedzić, ale uprzejmie przepraszamy/dziękujemy i napieramy z Maćkiem przed siebie. Gdy mamy już w nogach ponad 500m wzniosu, teren zaczyna się wypłaszczać. Podłoże jest rewelacyjne - mięciutka ściółka leśna, brak błota (!) oraz wdeptane w ziemie liście. Aż do samego punktu kontrolnego w Solince zdajemy się zbiegać delikatnie w dół. Biegnie mi się rewelacyjnie, nie umiem się nacieszyć pięknem natury dookoła. Po prostu.

Docieramy do Solinki na 26km w 03h20min, a tutaj czeka na nas bardzo miło niespodzianka. Wypasiony bufet, 7 milionów różnych smakołyków, które zadowoloną mięsne i nie-mięsne podniebienia. Ja sobie upodobałam kuskus z ciecierzycą i suszonymi pomidorami, popite malinową herbatą, co mocno mnie pokrzepiło po ponad 3h biegu.

Nareszcie miałam szansę pochodzić sobie i popodziwiać jak wolontariusze się uwijają i dbają o biegaczy. Jeszcze bardziej doceniłam ich zaangażowanie i troskę o to byśmy mieli pełne i zadowolone brzuchy.

Etap III: wieje jak szalone, a my zdobywamy Berdo, Hyrlatę i Rosochę.

Po wyjściu z punktu mamy 3km szutrem w kierunku Żubraczego, obiegając masyw Hyrlatej. Nie ma jednak zbyt łatwo, zdobywamy najpierw Berdo, a potem przeskakujemy na Hyrlatą i Rosochę. Łącznie robimy ponad 530m przewyższenia i czujemy, że ten odcinek mocniej daje nam popalić niż poprzedni. Widoki jednak wynagradzają nam wysiłek.

Zbiegając Maciek zostaje lekko z tyłu - odzywają się kolana. Za to ja zaliczam przepiękną błotnistą glebę na zbiegu - aż miło !!! Pierwsza (i ostatnia!) gleba sezonu. Czy ja przypadkiem zachwalałam brak błota? Zapędziłam się.

"Błotnisto" docieramy na 38km w 5h23min, gdzie znajduje się kolejny punkt kontrolny (Roztoki II). Biedny Maciek ratuje się rolowaniem plastikową butelką, co wygląda dość komicznie, ale twierdził, że jest skuteczne, więc tylko to się liczyło! Ja za to napełniam flaski izotonikiem, pomieszanym z wodą i po chwili jesteśmy już na trasie.

Etap IV: czerwonym szlakiem przez połoniny

Po wybiegnięciu z punktu wracamy na znaną nam już asfaltową drogą aż do przełęczy nad Roztokami. Tym razem jednak, zamiast odbić na niebieski szlak w prawo, skręcamy w lewo, aby zdobyć najwyższy szczyt, czyli Jasło, potem Szczawnik i Małe Jasło. Widoki są absolutnie fenomenalne.

Ostatnie kilometry to ostatnie rozkminy. Moją głowę przepełnia kosmos myśli - zwłaszcza, że wraz z Maćkiem podjęliśmy decyzję o rozdzieleniu się na ostatnich 8km. Mój biegowy partner niestety mocno odczuł dystans w kolanach i do mety zmuszony był na dynamiczny nordic walking z kijami. Szczerze pogadaliśmy o sytuacji i doszliśmy do wniosku, że najlepiej będzie się rozdzielić i zwieńczyć ultra dzieło osobno :)

Ostatnie 8km trochę mi się ciągnęło - nie zrozumcie mnie źle. Trochę robiłam to na umyślnie. Gdy pojawiła mi się myśl na 6, czy 5km do końca, że to ostatnie 30-40min w górach w tym sezonie, to jakoś przestało mi się gdziekolwiek spieszyć. Miałam wrażenie, że jeszcze bardziej stałam się uważna na otaczającą mnie rzeczywistość.

Meta

Ostatni kilometr. Jestem w Cisnej. Mam wrażenie, że organizatorzy specjalnie przygotowali spore ilości błota na sam koniec wraz z obowiązkowym brodzeniem w strumieniu. Człowiek taki zbrudzony fantastycznie prezentuje się na mecie, gdzie wita go ogromnie pozytywna energia.

Dobiegam na metę w 7h 47 min i buzia nie przestaje mi się uśmiechać. To był dobry i przyjemny bieg z pięknymi widokami.

Z całego serca też gratuluję Maćkowi jego pierwszego ultra - czapki z głów, wykonałeś kawał dobrej roboty i to było absolutną przyjemnością móc tworzyć biegowy team z Tobą! Czuję, że czeka na nas wiele biegów w kolejnych sezonach!

Reasumując, fenomenalny bieg. Gorąco zachęcam każdego do spróbowania swoich sił - kilka dystansów i poziomów trudności. Atmosfera jest luźna i od razu można poczuć się częścią wspaniałej społeczności biegaczy. A Bieszczady? Sami przecież wiecie, że najlepszym planem na życie jest "spakować się i uciec w Bieszczady" :)

Trzymajcie się,

Marta