Październik był zaskakująco intensywny w wydarzenia, które sprawiły, że odsunęłam myśli o roztrenowaniu i podjęłam decyzję o tym by do końca roku postarać się o jeszcze kilka biegowych wyzwań.

Spójrzmy prawdziwe w oczy. Po 3 tygodniach wrześniowego odpoczynku po Biegu 7 Dolin, weszłam w nowy miesiąc z ogromnym pokładem energii, ale również - z cięższymi nogami i obniżoną wydolnością. Wierzcie mi, że nie jest to łatwe, gdy uświadamiamy sobie, że wysiłek, który wcześniej było dla nas rozgrzewką na śmiesznie niskim tętnie, obecnie stanowi wyzwanie by po prostu nie wyzionąć ducha.

Musiałam odpowiedzieć sobie również na pytanie, co chcę jeszcze osiągnąć przez te kolejne 3 miesiące i czy czuję w ogóle potrzebę by wybrać jakikolwiek cel. Świadomie trzeba było podjąć decyzję, czy po prostu sobie coś tam biegam, czy jestem na etapie przygotowań startowych i chcę to wykorzystać w konkretny sposób.

Ostatecznie, podjęłam decyzję o tym by zakończyć tegoroczny sezon ultra w październiku i dobrą okazją okazał się VII Hyundai Ultramaraton Bieszczadzki. 52km w pięknych Beskidach i w świetnym towarzystwie były wisienką na torcie mojego ultra sezonu i niewątpliwie, ta impreza jest najciekawszym wydarzeniem października.

Jednak, postanowiłam również, że faktyczny koniec cyklu rocznego moich treningów nastąpi w pierwszym tygodniu stycznia 2020 po Etapowej Triadzie w Krościenku. Decyzje te pozwoliły rozsądnie rozplanować treningi i także, przygotować się mentalnie na ostatnie biegowe wyzwania tego cyklu.

Październik w liczbach

Bieganie

Co tu dużo mówić, pierwszy tydzień października to kompletna porażka treningowa, ale za to świetna lekcja słuchania swojego organizmu. Wróciłam po 3 tygodniach odpoczynku i tak naprawdę, już drugi bieg, który miałam zrobić w 1 zakresie pokazał początki ogólnego osłabienia organizmu i przeziębienia. Pamiętam, że zanim pojawiła się akceptacja stanu rzeczy, to bardzo się frustrowałam tym, że przy tempie 6:10-15 min/km tętno skoczyło do ponad 160-165 bpm i absolutnie nie chciało spaść (dla mnie takie tempo to zwykle 1 zakres). Pokusiłam się w tym pierwszym tygodniu jeszcze o jeden bieg, ale to nie był dobry pomysł. Tętno 177 bpm przy prędkości 6:05 min/km i tym samym, dziękuję - dobranoc. Postanawiam zrobić sobie przerwę na kilka dni, a start w Bieszczadach stanął pod znakiem zapytania.

Ależ ciepły ten październik!

Bardzo ostrożnie wróciłam do treningów w drugim tygodniu. Tak naprawdę, zrobiłam sobie godzinkę biegania i obserwowałam tętno. Nie było cudu nad Wisłą, ale było znacznie lepiej. W czwartek wpadły jeszcze delikatne podbiegi i tym samym, zrobiłam jakieś 20km łącznie i doszłam do wniosku, że jestem w stanie udźwignąć 50km+ w weekend. O moim starcie w Bieszczadach przeczytacie tutaj :)

Trzeci tydzień października to spokojne 42km, większość w tlenie. Dorzucam kilka przebieżek w czwartek, ale traktuję to dość luźno, w graniach 70% moich możliwości. Kolejny tydzień miał sporo biegów regeneracyjnych - nie mogłam wysiedzieć na miejscu. Sporo się ostatnio u mnie dzieje i starając się funkcjonować między dwoma zupełnie odrębnymi częściami Polski, musiałam wiele nerwów po prostu wybiegać :D Ale nie przeforsowywałam się. Celem było "wybiegać emocje w tlenie" i przyznam szczerze, że wyszło mi to na zdrowie. W weekend wpadło 19km długie wybieganie.

Ostatni tydzień października to pojawienie się bólu w okolicach prawego piszczela. Zaczęło boleć przy chodzeniu, a na wtorkowym 2 zakresie wróciłam skacząc na palcach, bo tak rwała mnie część piszczelowa. Wrzucam na luz i tak naprawdę, dwa kolejne dni spędzam tak by pozwolić nodze odpocząć - dopiero w czwartek nieśmiało sprawdzam, czy jest poprawa. Na szczęście wszystko wróciło do normy i czwartkowy bieg na bieżni wszedł jak miód :)

Przebiegłam 241km (3,296m przewyższenia)

Rower

Ulalala! Tu się dopiero działo - Marta debiutuje na szosie! Kto by pomyślał, że uda mi się jeszcze wskoczyć na zupełnie inny rower przed nadejściem deszczu i jesiennego chłodu. Ba, nareszcie też zaliczyłam kawkę w Górze Kawiarni, której rowerowy klimat sprawia, że o kawiarnia inna niż wszystkie :) Październik to długie rowerowy wycieczki, które pokazały mi, że nie przetrwam zimy bez uzupełnienia treningu rowerem i mogę zagwarantować - w tym roku przetestuję swoje możliwości na trenażerze :)

Przejechałam 374km

Regeneracja

Trochę za mało snu, co mnie martwi, ale - życie, to życie i czasami nic nie poradzimy. Postaram się jednak popracować nad tym aspektem w listopadzie.

Sumiennie chodziłam na basen raz w tygodniu, rozciąganie i joga przynajmniej 3 razy w tygodniu. Wpadał lekki trening funkcjonalny, ale całkowicie zrezygnowałam z ciężarków. 20-30 min 3 razy w tygodniu na core wystarczyło. Przyznam jednak, że z utęsknieniem wyczekuję momentu powrotu na siłownię.

Podsumowanie

Reasumując, to był naprawdę ciekawy i intensywny miesiąc. Starałam się pogodzić życie w górach z normalnym funkcjonowaniem na nizinach, czyli w Warszawie. Cierpiałam na chroniczny brak czasu i stąd, moja mniejsza aktywność na blogu, czy FB. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie :) Październik obfitował w wiele wyzwań logistycznych i hm, uogólniając - życiowych.

Wkraczam w listopad z poczuciem, że ostatnie tygodnie fajnie pokazały, że z biegania nie ma sensu robić "centrum wszechświata", bo życie szybciutko weryfikuje nasze założenia. Za to, jako element uzupełniający naszą rzeczywistość i życie osobiste - może przynieść naprawdę dużo korzyści :)

Trzymajcie się ciepło, M.