Z tygodnia na tydzień uczymy się na nowo radzić w rzeczywistości, której zasady funkcjonowania podyktowane są działaniami, pozwalającym ograniczyć  Coronavirusa. Niby jasne, ale jak żyć ? Podzielę się z Wami tym w jaki sposób pandemia wpłynęła na mój sposób odżywiania jak logistycznie "ugryźć" zakupy.

Pierwszy post z serii "pandemia po mojemu", czyli o jedzeniu, treningu i próbie znalezienia w tym wszystkim normalności. Zapraszam do lektury!

W ostatni czwartek ogłoszono pierwszy etap "luzowania" obostrzeń związanych z dotychczas wprowadzonymi restrykcjami, ale spójrzmy prawdziwe w oczy - czekają nas kolejne miesiące, gdzie musimy radzić sobie z większością czasu spędzonego w czterech ścianach, a widok kolejek przed sklepem przecież już staje się codziennością.

Jak w tym wszystkim znaleźć balans? Jedzeniowy, treningowy i przede wszystkim mentalny. Poniżej opisałam dokładnie jak to u mnie wygląda z jedzeniem i robieniem zakupów, a w przyszłym tygodniu przygotuję dla Was post z moimi treningami :-)

Krótko o tym jaka ze mnie weganka na pandemii.

Początkowo, bałam się zamknięcia w domu. Obawiałam się, że dawne demony związane z zaburzeniem odżywiania znajdą drogę by na nowo rozgościć się w mojej głowie i na moim talerzu. Jasne, miałam momenty paniki, płaczu i w ogóle było do kitu (czasami wciąż bywa!). W końcu, to dla wszystkich nas nowa sytuacja i ja również nie opanowałam żadnej sztuki kontroli lęku do takiego stopnia, że mnie to nie dotyczy. Pewnie, że jest we mnie dużo frustracji, złości, lęku i rozgoryczenia - bo jak to imprezy biegowe odwołane, a ja boję się mandatu za wyjście z domu - ale trzeba nauczyć się żyć MIMO niewygodnych emocji.

Przyznam Wam szczerze, że niewiele się zmieniło w kwestii diety. Od zeszłego roku zaczęłam jeść intuicyjnie - nie liczę kalorii i jem wtedy, kiedy jestem głodna. Ostatnimi dniami (w ramach eksperymentu) również zaczęłam prowadzić dziennik tego, co jem i jak się po tym czuję - bez klasyfikacji na "dobre" i "złe". Mam ochotę na croissanta, to go jem. Chce mi się Coli - to ją piję i tak dalej.

Nie rzucam się na jedzenie, bo dzisiaj "cheat", a jutro nie można. Staram się jeść zdrowo, mieć kolorowe i urozmaicone posiłki - warzywa wraz ze strączkami, czy pelnoziarniste pieczywo to źrodło błonnika. Dzięki temu jestem najedzona na dłużej. Byłam ciekawa, czy będę podjadać podczas pracy - ale okazuje się, że tu nie jest jakoś tragicznie. Wyzwaniem okazały się wieczory przed Netflixem i hm, może zjem sobie jeszcze jedną kanapeczkę? :D Tak więc, wyzwaniem na teraz jest słuchanie sygnałów organizmu, a nie jedzenie, dlatego "bo się skończy i trzeba żryć" zwłaszcza wieczorami ...

Co jem w ciągu dnia (przykład; dzień kiedy miałam 13k wybieganie + 30 min treningu na macie):

  • Czekoladowa owsianka z kakao, chia, żurawiną, bananem oraz daktylami; kawa z mlekiem owsianym
  • Croissant (niestety, NIE wegański) z bananem i borówką
  • Wegański burger (Soligrano) z bułką pełneziarno, wegańskim majonezem z biedry (pycha!) oraz pomidorem
  • Alpro jogurt z borówkami
  • Sałatka z burakiem, ogórkiem, rzodkiewką, pomidorem, pietruszką, orzechami ... + 3 kromki chleba z domowym hummusem

Jestem najedzona, zadowolona i dając sobie pozwolenie na słuchanie organizmu, nie mam ani wyrzutów, ani jakiś destrukcyjnych myśli. Pytanie, czy jem więcej / mniej niż wcześniej? Nie wiem. Po prostu, jestem głodna - jem. Nie jestem - nie jem. Staram się robić ok 10 - 12k kroków dziennie albo jeżdżę na rowerze, gdy nie mam na nic innego ochoty, więc tego ruchu mimo wszystko trochę jest. W dalszych punktach dowiecie się więcej.

A tak to no cóż ... pieczemy, eksperymentujemy w kuchni. Nareszcie jest na to czas - trzeba tylko dawkować przyjemności by wszystko od razu nie zniknęło :-)

Zakupy raz w tygodniu, a spontaniczność w kuchni

Prosta sprawa. Mieszkamy w dwójkę na Mokotowie w Warszawie. Nie ma jak uciec przed kolejkami do sklepu, czy apteki. Zakupy robimy w dwóch miejscach - w Biedrze 5 min od domu i na bazarku pod naszym blokiem. W weekend decydujemy kiedy idziemy na zakupy - jest to zazwyczaj czwartek albo piątek i wyruszamy na łowy w godzinach 20 - 22.

Przez cały tydzień robimy  "listę życzeń", gdzie wpisujemy, co byśmy chcieli. Dzielimy się tym po połowie i robimy skok na Biedrę. Mamy pewien stały set produktów, ale w każdym tygodniu próbujemy czegoś nowego - czy to wypieków, czy po prostu jakiegoś gotowca. Pamiętajcie proszę, że jesteśmy parą "mieszaną", czyli Rafał jada mięso i nabiał, a ja nie. Ale jak widzicie na poniższym zdjęciu, nie ma rozgraniczenia lodówki na półki etc - też za bardo nie ma na to przestrzeni hehe.

Fakt faktem, rzadko kupujemy junk foody. Jasne, zdarzy się czekolada, czy coś innego, ale nie ma zasady. Mamy ochotę - kupimy. Z alkoholem też nie za bardzo. Przyznam Wam szczerze, że ostatni raz wino piliśmy przed pandemią. Tak, to nawet jakoś nie chce się za bardzo "świętować" nadejścia weekendu hehe.

Na bazarku kupujemy warzywa - przede wszystkim, są lepszej jakości. Wspieramy lokalnych dostawców, plus jest to naprawdę miłe, gdy Pani ze straganu przywita uśmiechem i zapyta jak minął dzień. Zachęcam do kupowania chociaż części produktów na bazarkach etc.

Podsumowanie

O jedzeniu to tyle. Chociaż tak naprawdę mogłabym pisać i pisać. Zwłaszcza o tym by nie wariować - nie narzucać sobie presji trzymania "czystej michy", 5 treningów siłowych i różnych innych wymysłów.

SERIO. Wrzućmy na luz, okazując więcej cierpliwości i życzliwości wobec siebie. Nie musimy spędzać 24h w pozycji leżącej, czy siedzącej. Wyjdźmy się przejść w pojedynkę - chociaż na kilka minut by się dotlenić. Pozwoli to też uporządkować myśli, poprzyglądać się zmieniającej się naturze i po prostu ... fajnie jest nawet zobaczyć innego człowieka.

Z jedzeniem nie wariujmy, ani w jedną ani w drugą stronę. Zaakceptowanie stanu rzeczy takim jakim jest pozwala szybciej nam się dostosować. Co więcej, gorąco polecam porzucenie oglądania się w lustrze pod kątem analizy wystających boczków etc. Zjemy coś "niezdrowego" i już myk myk do lustra, sprawdzić, czy coś przytyliśmy. STOP. NIE. Tak nie można żyć na dłuższą metę. Jedzmy zdrowo, ruszajmy się w granicach możliwości (i rozsądku), akceptując obecną sytuację.

DAMY RADĘ!

Trzymajcie się, Marta