Lipiec minął niewiadomo kiedy. Wynika to z tego, że większość czasu spędziłam w naszych pięknych Beskidach, co pozwoliło mi na podkręcenie kilometrażu biegowego i rowerowego w przygotowaniach do Biegu 7 Dolin. Dużo słonecznych zdjęć i ciekawe relacje!

Lipiec w liczbach

Biegowo

Rowerowo

Tydzień 1

To był wyjątkowo rowerowy tydzień, bo nie dość, że udało się zaliczyć ponad 120km wycieczkę, to jeszcze wyjątkowo często przemieszczałam się moim dwuśladem, co zaowocowało przejechaniem 260km w 7 dni. Ciekawe jest to, że nawet za bardzo tego nie odczułam. W piątek byłam już w Krynicy - po ponad 7 godzinach w przeróżnych pociągach, ostatecznie wylądowałam na Łemkowszczyźnie.

Weekend przywitałam 40km wybieganiem na trasie I części Biegu 7 Dolin, tj. pobiegłam z Krynicy-Zdrój, ale zamiast do Rytra, wybrałam zbieg do Barcic Górnych. Zmieniłam troszkę trasę, bo bardzo zależało mi na zaliczeniu tarasu widokowego w Woli Kroguleckiej, gdzie wybierałam się od ładnych paru lat. Warunki na trasie fantastyczne, a cały bieg zleciał mi bardzo przyjemnie. Nareszcie też odwiedziłam Makowicę.

Niedziela przywitała pięknym słońcem i w ramach luźnego kręcenia, udało się zrobić malowniczą traskę przez Słowację. Bardzo mi się podobała tak naprawdę od samej Muszynki aż do Uścia Gorlickiego - po stronie słowackiej bardzo dobry jakościowo asfalcik, a odpoczynek na malowniczym rynku w Bardejovie naprawdę sprawia wiele przyjemności. Co więcej, moją ulubioną częścią był przede wszystkim podjazd do Koniecznej - żywej duszy brak, za to piękne pola i widoki.

Tydzień 2

Poniedziałek był odpoczynkiem, ale już we wtorek zaliczyłam dwie jednostki, tj. luźne 11km (z 800m przewyższenia) oraz 3 godzinki na rowerze. Środa to aktywna regeneracja, gdzie wpadła luźna dyszka i 40 min relaksacyjnego pływania żabką.

Uważam, że jest to ogromnym luksusem, że możemy pracować zdalnie, a będąc w Krynicy - miałam wyjście na szlak dosłownie pod samym domem. Tym samym, gdy zamknęłam w czwartek komputer, wywiało mnie pod Bacówkę nad Wierchomlą. Wyjątkowo szybko, bo w mniej niż 3 godziny, co mocno podbudowało mi morale. A przez weekendzik udało się zaliczyć ponad 110 km w stronę Jeziora Rożnowskiego.

Wyjątkowo dały mi popalić przewyższenia, ale widoki były tego warte. Polecam serdecznie trasę przez Kruźlową, Korzenną, Cieniawę i dalej przed siebie. Asfalt trzyma poziom, a zjazdy dają niesamowitego kopa!

W ramach weekendowej biegowej wyrypki, wpadło 32km z Rytra do Piwnicznej - obiecałam sobie (jak co roku) zrobić przynajmniej raz całą traskę Biegu 7 Dolin na raty i II etap mogę uznać za zaliczony!

Tydzień 3

Nareszcie mam urlop! Tak się cieszę, bo przez coronaparanoję, sama już wpadałam w niewychodzenie z pracy przez 24/7 i potrzebowałam po prostu zamknąć raz, a porządnie komputer, aby móc mentalnie odpocząć.

Po niedzielnej wyrypce, zrobiłam sobie dzień regeneracyjny w poniedziałek, czyli przedśniadaniowe lekkie 6km biegowo, trochę ćwiczeń wzmacniających, a po obiedzie - 1.5h rowerku.

Wtorek to powrót na trasę Biegu 7 Dolin, czyli zaliczenie III etapu z Piwnicznej do Krynicy. Trzymam się w granicach 5-5.5h na każdy etap, więc treningowo jestem bardzo zadowolona.

Dalsza część tygodnia to wykorzystywanie okien pogodowych na rower z Rafałem - znowu powrót na traskę słowacką oraz zaliczenie Ptaszkowej i okolic. Do tego jedno dłuższe wybieganie na Jaworze - większość biegu w deszczu i burzy, ale to fajnie, bo można się przygotować na każdy możliwy scenariusz na zawodach.

Tydzień 4

Biegowo było całkiem OK - z jednej strony udało się ponownie zaliczyć bieg do Bacówki w niecałe 3 godziny, a do tego 2 dodatkowe biegi w górkach. Jako, że na weekend byłam na Śląsku - odświeżyłam sobie stare biegowe ścieżki i jakoś tak 20km wpadło niewiadomo kiedy :)

Rowerowo było mocno ambiwalentnie, bo dałam radę skorzystać z okna pogodowego w środę i zaliczyć moją ulubioną traskę przez dolinę Popradu, ale ... niestety wróciłam ze Śląska z rowerem w kawałkach.

Miałam na tyle pecha, że wybierając się na krótką jazdę w Mysłowicach, wpadłam niefortunnie w koleinę na wiadukcie i tak mocno mnie wyrzuciło przez kierownicę, że rower dosłownie się poskładał, a ja malowniczo przejechałam całym prawym bokiem o nawierzchnię i ostentacyjnie wylądowałam na barierce.

Naprawdę, warun idealny - słonko świeci, człowiek niczego się nie spodziewa. Specek był dzień po generalnym przeglądzie. A tu bum! Leżę na drodze, klamkomanetki wyłamane, rower jakiś krzywy, a ja mam przepiękny czarno-czerwony szlif na całej długości nogi. Co ciekawe, wstałam i pierwsze co to sprawdziłam, czy jakaś szprycha się nie wyłamała (haha) i czy mogę jechać. Nie wiem jakim cudem dowlokłam się do domu, ale Specek wrócił do Warszawy jako biedactwo do serwisu :(

Tydzień 5

Tydzień odpoczynku od roweru, ale biegowo było całkiem ciekawie. Wykorzystując fakt bycia w Warszawie, podkręciłam trochę tempo, tj. wprowadziłam 2 jednostki jakościowe (tempo), 2 biegi regeneracyjne i długie wybieganie. Do tego ćwiczenia wzmacniające. Niby nic ciekawego, ale taki luźny tydzień po mega intensywnych 3 tygodniach w górach przywitałam z lekkim sercem :)

Podsumowanie

Tęsknię już za rowerem i mam nadzieję, że nadgonię kilometrów w sierpniu, który zapowiada się tym bardziej ciekawie, bo pozostaję niecałe 6 tygodni do Festiwalu Biegowego! W sierpniu skupiam się na prędkości, ale mam nadzieję, że ostatnie 2 tygodnie przed Festiwalem będę mogła poświęcić na aklimatyzację w górkach :)

Trzymajcie się ciepło, M.