Relacje Co za pieron! Relacja: Piekło Czantorii - 47km

Marta Dębska

10 min read
Co za pieron! Relacja: Piekło Czantorii - 47km

W zeszły weekend wylądowałam w piekle. Sama sobie zgotowałam ten los! Na własne życzenie i to w przeddzień moich urodzin zostałam poddana piekielnej próbie dwóch pętli w Beskidzie Śląskim, które rozłożyły mnie na łopatki. Było fantastycznie.

W życia wędrówce, na połowie czasu,
Straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi,
W głębi ciemnego znalazłem się lasu.

Mimo tego, że słowa te nakreślił Dante Alighieri w czternastym wieku, świetnie oddają klimat i prawdziwe oblicze Piekła Czantorii ponad 600 lat później. Piekło to "ponoć najtrudniejsze ultra w Polsce". Przyznam szczerze, że zapisując się na bieg (dystans 47km - Pieron), nie do końca potrafiłam sobie wyobrazić prawie 100 metrów przewyższenia na każdy kilometr biegu i nie ukrywam, zbagatelizowałam powagę sytuacji. Jak to, najtrudniejsze ultra? Trzeba to sprawdzić!

Piekielne pętle - na ile się odważysz?

Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie.

Zapisując się na edycję Piekła w 2021, mamy do wyboru 4 biegi o wdzięcznych nazwach: Bestyjka (10), Bestyja (23), Pieron (47) i Przepieron (71). Możemy sobie wybrać dokładnie taką mękę na jaką mamy ochotę. Ważne. Nie bagatelizujmy proszę tych dystansów - wydawałoby się, że to zwykła dyszka, półmaraton z plusem, prawie pięć dych, czy mniej niż 50milowiec. O nie, nie. To duży błąd nie docenić przeciwnika.

Każdy z tych dystansów kryje za sobą ok 80-110m w pionie na każdy kilometr biegu (!), czyli nawet "skromna dyszka" to ponad 1100m przewyższenia! Absolutny kosmos. Aby łatwiej było nam sobie wyobrazić przewyższenie na dystansie 71km, czyli 5780m, przenieśmy się w surowy klimat Kaukazu, gdzie znajduje się najwyższy szczyt Europy - Elbrus (5642m n.p.m). No, więc ten, rozumiecie - w cholerę wysoko. Organizatorzy Piekła postarali się by nogi i głowa poczuły najprawdziwszy hardkor.

Co więcej, Bestyja, Pieron i Przepieron odbywają się na pętlach. Jasne, support jest w takiej sytuacji o wiele prostszy, ale wierzcie mi - ja po dwóch pętlach miałam serdecznie dość, chociaż pierwsza pętla "weszła jak miód" podczas mglistej i deszczowej listopadowej nocy. Drugi raz odkrywałam ją na nowo w świetle dnia, ale głowa była zupełnie gdzie indziej ... Kończąc każdą pętlę coś korci człowieka "Ah, skończ już. Po co ci to ... " - nie dość, że trzeba napierać na przód, to jeszcze nie dać się skusić głosikowi dezertera ...

Celem oddania trudności trasy są limity, dość niesymetrycznie rozdzielone Na ukończenie pierwszej pętli na Pieronie mamy 4.5h, a na ukończenie drugiej ... 8h! Organizator z góry zakłada, że to drugie kółeczko może dać popalić. Overall, mamy 12.5h na ukończenie całości.

Pieroński Pieron - 47km i 4130m przewyższenia

Nie ma dotkliwszej boleści
niźli dni szczęścia wspominać w niedoli

Od kilku lat Piekło Czantorii wywoływało na mojej skórze dreszcze. Naczytałam się o tym biegu, naoglądałam filmików i nasłuchałam historii, które ocierały się z jednej strony o horror, a z drugiej o jakąś czarną komedię. Z roku na rok coraz bardziej dojrzewałam do decyzji by wyjść ze strefy komfortu i zmierzyć się chociaż z dwoma pętlami na pierwszy raz.

Przyjrzałam się trasie i nic mi to totalnie nie mówiło. Biegałam już po Beskidzie Śląskim, ale naprawdę nie mogłam pojąć jakim cudem organizator zafundował aż taką sumę przewyższeń. Ze znanych mi "górek" pojawiła się Wielka Czantoria i Czantoria Mała. Tyle.

Zaintrygowana, kliknęłam "zapisz się" w połowie sierpnia, gdy na zewnątrz było ciepło, a ja byłam w szczycie swojej formy i wydawało mi się, że życie jest takie piękne, a bieganie łatwe. No i potem przyszedł mglisty, mokry i piekielny listopad.

Przed startem, czyli przemęczenie totalnie. Biec?

Mocny jak wieża bądź, co się nie zegnie,
Chociaż się wicher na jej szczyty wali.

Dobra, napiszę prosto z mostu - na tydzień przed biegiem, czułam się fatalnie. Bardzo chciałam wystartować, pojechać do Ustronia i zafundować sobie trochę odmóżdżenia daleko od miasta. Jednak, na tydzień przed Piekłem, zaczęły się pojawiać typowe oznaki przemęczenia - wysokie tętno, ciężkie nogi, niedbałość ruchów, brak energii, zła jakość snu i totalne psychiczne zbiadolenie. Ups.

Mimo to, trudno - jadę. Postanowiłam, że wyjadę dzień wcześniej by poukładać sobie sprawy zawodowe, ale i mieć szansę na spokojnie odpocząć przed sobotą. To była dobra decyzja. Zatrzymałam się w Ustroniu, w uroczym miejscu Bocianówka, gdzie do soboty nie tylko byłam praktycznie sama, ale miałam też do dyspozycji saunę i fotel do masażu (bosko!).

Jak na kuracjusza przystało, oprócz totalnego nie-biegania (środa - piątek) zafundowałam sobie wolne spacerki, a do tego w czwartek odwiedziłam baseny solankowe w sanatorium w Ustroniu. Generalnie, czwartek i piątek to był dla mnie totalny relaks. Zero biegania, joga i medytacje na wyciszenie, a do tego te baseny ... Im bliżej było biegu, tym moje samopoczucie było coraz lepsze. Wniosek: lepiej pojawić się na starcie niedotrenowanym niż przetrenowanym. Odpuszczać = zyskać.

Mokro, mgliście i piekielnie. START!

Rzućcie nadzieję,
Wy co tu wchodzicie!

Budzik zadzwonił o 1 w nocy. Specjalnie położyłam telefon w łazience, bo nawet nie pamiętam, gdy wyłączyłam pierwszy budzik na szafce nocnej. Wstałam, przemyłam twarz. Zrobiłam kawę i zjadłam dwie kromeczki z masłem orzechowym i bananem. Podumałam chwilę i nagle zrobiła się 2. Czas jechać.

Dojazd zajął mi jakieś 10 min, zaparkowałam pod samą kolejką, zapłaciłam 10 zł za parking (szacun dla pana parkingowego za nocną zmianę) i pognałam na start. Standardowo, najwięcej czasu straciłam szukając wygodnego miejsca w krzakach, bo jak zwykle pęcherz już nie mógł wytrzymać. Ale ok. Dało radę i dokładnie o 2:27 byłam na starcie.

3...2...1... Lecimy!

Pierwsze podejście nazywałam w głowie "podejściem striptizu", bo większość z nas zaczęła się rozbierać z warstw ciuchów, które mieliśmy. Cały czas napierając na przód, ściągnęłam kurtkę, zdjęłam rękawiczki (a przezornie wzięłam tym razem aż dwie pary!) i starałam się to w miarę sprawnie przypiąć do plecaka, wciąż podpierając się jedną ręką kijkami w drodze na górę.

Do 10km leci mi się bajecznie. Nie chojrakuję - jest podejście, grzecznie i metodycznie maszeruję (bez kijów nie polecałabym tej imprezy). Czasami nawet, rzekłabym - wspinam się. Jest mgliście, często nie widzę nic przed sobą, co nie jest spowodowane moją wrodzoną ślepotą, a totalnym brakiem widoczności przez mgłę i odbijanie się światła czołówki w tej wilgoci. Pilnuję się by jeść - po godzinie wciągam mus owocowy, potem po 90min batonika. Ale coś mi nie idzie to jedzenie kompletnie. Piję co 20-30 min.

Początkowo zbiegam mocno asekuracyjnie, bo liściaste i mokre podłoże kryje pod sobą kamienie, korzenie i kto wie, co jeszcze. Muszę nabrać trochę pewności i znacząco się wybudzić. Na szczęście po pierwszym zejściu poznaję Szymona, z którym napieramy (świadomie nie używam słowa "biegamy") przez kolejne kilka "chopek" aż odłączam się i nagle, słyszę "o, Marta!". Na mniej więcej 10km spotykamy się z Pauliną Krawczyk (Paulina zajęła finalnie 1 pozycję na 71km!), która robiła już wtedy trzecią pętlę. Szaleństwo.

Poniwiec - punkt odżywczy i ciśniemy dalej!

W połowie drogi żywota naszego, nagle się w gęstym obłąkałem lesie. Juz ścieżki prawej moje oczy nie dostrzegą (...)

Wspólnie docieramy z Pauliną do punktu pod wyciągiem na Małą Czantorię - Poniwiec. Tutaj aż nie chce się wychodzić. Cieplutko i suchutko, stoły uginają się od pieczonych ziemniaków, domowego ciasta marchewkowego, zup, owoców, bakalii, a do tego napoje do wyboru, do koloru. Kolorytu dodają krzątający się i pomocni wolontariusze, którzy z całego serca chcą nam pomóc w niedoli.

Staram się nie zasiedzieć, jem 2 ziemniaki i ruszam dalej. Do tego momentu zjadłam mus owocowy i batonika, totalnie mi nie wchodziło jedzenie. Czułam, że muszę zjeść coś konkretniejszego przed stromym wejściem na Małą Czantorię.

Z Małej Czantorii nim się obejrzałam, byłam już na 23km. Nie wiem, czy to jakoś przespałam, czy nie, ale naprawdę - bardzo dobrze się czułam, zwłaszcza, że noc zaczęła ustępować dniu. Aczkolwiek, ostatnie zejście z Czantorii też daje mocno popalić czwórkom.

Pierwsza pętla za mną! Teraz zaczyna być pod górkę ...

Bać się należy tych rzeczy jedynie,
Z których się szkoda niepowrotna lęże,
Ale nie innych, których groza minie.

Dobiegam na punkt kontrolny przy dolnej stacji kolejki dokładnie po 4h10m. Przyznaję, że nie przemknęła mi myśl, że mogłabym nie zdążyć na zamknięcie punktu. Wydawało mi się to trochę abstrakcyjne, że mam teraz 4 godziny z hakiem, a na drugie okrążenie 8 godzin. Nie ma co, to też mocno namieszało mi w głowie.

Na punkcie wlewam wrzątek do swojego kubeczka, wrzucam herbatę i na szybko wyjmuję swoją kanapkę z plecaka. Zaczyna siąpić deszcz, ale za to mgła opadła. Robi się jasno i wychodząc z kanapeczką w dłoni na pierwszą "górkę", w końcu mam okazję się obejrzeć za siebie i choć trochę zachwycić miejscem, gdzie się znajduję.

Mija 5, 6 i 7 godzina. Zaliczam kolejne podejścia i zbiegi. Zbiega mi się coraz lepiej, ale wchodzi ciężej. Po trzydziestu-kilku kilometrach zaczynam odczuwać zmęczenie fizyczne, a ekstaza bycia w Piekle gdzieś znikła. Jest mi dość ciepło, ale jak to ja - mam grube rękawiczki, bo zawsze marzną mi ręce, a ciepło ucieka mi właśnie górnymi kończynami.

Dobiegam w końcu do punktu na 37.5km. Spotykam tutaj Paulę, która skończyła bieg (gratulacje!!!) i mówi, że mam przed sobą jeszcze jakieś 3 godziny. HMMM. Do tego momentu mimo cięższych nóg i jakoś cięższej głowy, jakoś trzymałam tempo i miałam nadzieję zamknąć temat w 9 godzin. Ale ok, przyjmuję do wiadomości, jem kiszonego ogórka, ziemniaka i kawałek ciasta marchewkowego. Popijam colą, wodą i lecę. Spoiler alert: wyrobiłam się w 2.5h :D

Na podejściu na Małą Czantorię spotykam Arka, z którym miło gaworzymy, ale rozdzielamy się na szczycie i lecimy już dalej sami. Miło jest tak na trasie pogawędzić, zawsze to pozytywnie na mnie wpływa.

Od około 25km cały czas na trasie mijamy się z grupką chłopaków z Katowic, którzy nie pozwalają mi zwolnić. Przez prawie 5 godzin cały czas się mijamy, mobilizując do działania. Ileż przy tym było śmiechu! W dodatku, na trasie zaczynają nas mijać osoby z 23km oraz 10km - to też jest lekcja wytrzymałości psychicznej, bo będąc tak zmęczoną i widząc jak zasuwają na górę osoby z krótszych dystansów, trochę to siada na morale. Chociaż, logicznie na to patrząc, nie powinno.

Zabójcze podejście na Wielką Czantorię

Za czym się zwrócił i rozpuścił ręce
Nogi, sposobem biegnącego męża
O płaszcz zielony na werońskiej łące:
A biegł tak szybko, jak ten, co zwycięża.

Docieramy do końca drugiej pętli. Tutaj następuje zwrotka w lewo i zaledwie 1.5km do mety. Jeśli nie byliście nigdy na Czantorii, to chętnie Wam to zobrazuję. Otóż, jest to piekielnie stroma góra. Zwłaszcza wzdłuż trasy kolejki. 450m (prawie pół kilometra!) przewyższenia na 1.5km. NIGDY 1500m nie ciągnęło mi się tak niemiłosiernie.

Śmiesznie, bo widziałam za sobą kilka dziewczyn z mojego dystansu i obiecałam sobie, że nie dam się przegonić. Przez prawie pół godziny metodycznie wdrapywałam się na górę, która zdawała się nie mieć końca. Co kilkaset metrów podejście robiło się coraz bardziej strome, a ja czułam, że gotuje się we mnie każdy mięsień. Dołącza do mnie chłopak z dystansu 23km i człapiemy wspólnie, jeden za drugim.

Kończymy podejście i ... to znowu nie koniec, boże. Już tyle razy miałam taki moment "uf, to już", a tu psikus! Docieramy jednak do "oślej łączki" i zmierzamy do mety. Pan przed metą rzuca do mnie "proszę już biec", a ja patrzę na niego na pół przytomna z miną wielce umęczonego człowieka, chcąc już po prostu paść na mecie. NIGDY nie zrobię 3 pętel, no nigdy! (Celowo nadużywam NIGDY)

META!

Mocny jak wieża bądź, co się nie zegnie,
Chociaż się wicher na jej szczyty wali.

Docieram na metę po 9h35min i z czystym sumieniem odbieram medal oraz zasłużone piwko. WOW. Ale była miazga. Od początku do końca dałam z siebie 100% i byłam szalenie z siebie zadowolona, że to przeżyłam. Odebrałam pamiątki z piekła rodem i idę do depozytu, gdzie rzekomo rozdają bileciki na kolejkę w dół. Mam bilecik i zmierzam do kolejki. O jak fajnie usiąść, ale jak mi się uda z tego zejść ... ?

Jedziemy sobie w dół z kolegą z 10km, machając do walczących na podejściu biegaczy. Ja to tam nigdy nic nie krzyczę, bo mnie osobiście wkurzają (nawet krzepiące) teksty osób, które już skończyły, więc wolałabym nikomu takiego piekła nie robić :D

Było mi też niesamowicie miło, gdy schodząc na dolnej stacji z krzesełka, wpadłam na Michała i Paulinę oraz ich przepięknego border collie - okazało się, że postanowili wspólnie przyjechać po przeczytaniu mojego bloga i trochę mi pokibicować. Spotkaliśmy się pierwszy raz w życiu, a czekali na mnie z dobrym słowem i termosem ciepłej herbaty. Szczerze? Dla takich spotkań i emocji warto jest działać, dzielić się tą pasją i po prostu, biegać :-) Bardzo serdecznie dziękuję!

Podsumowanie

Będzie krótko, bo już wystarczająco dużo napisałam.

Jest Piekło jak nigdzie indziej. Wrócę za rok. Ale już na 3 pętle.

Pozdrawiam, Marta

PS. Cytaty pochodzą z "Boskiej Komedii" Dante Alighieri

Bądź na bieżąco z Zielone Bieganie - Blog o bieganiu ultra!

Dam Ci znać, gdy tylko pojawi się nowy post 🙂