Relacje RELACJA TDS 2025 [150km 9000m]

Marta Dębska

17 min read
RELACJA TDS 2025 [150km 9000m]

Zawsze marzyłam o tym, aby móc przekroczyć kultową metę w Chamonix podczas święta trailu w ramach festiwalu UTMB. TDS wydawał mi się do tego wręcz idealny - sprawdźcie, jak wspaniale mnie przeżuł, wypluł i sprawił, że na pewno wrócę po więcej!

TDS (Sur les Traces des Ducs de Savoie)

Nazwa TDS to skrót od Sur les Traces des Ducs de Savoie, co w wolnym tłumaczeniu oznacza „Śladami Książąt Sabaudii”. Nawiązuje ona do historycznego regionu Sabaudii, obejmującego tereny dzisiejszej Francji, Włoch i Szwajcarii. To właśnie przez te malownicze, a zarazem wymagające górskie obszary prowadzi trasa biegu. Rozgrywany jest na dystansie +- 150 km z przewyższeniem ponad 9000 m. Trasa prowadzi z Courmayeur we Włoszech do Chamonix we Francji, przebiegając przez Alpy na pograniczu obu krajów. Charakteryzuje się technicznymi odcinkami, stromymi podejściami i fragmentami powyżej 2500 m n.p.m. Najszybszy zawodnik przebiega całość w niewiele ponad 18 godzin, a limit czasu wynosi 44h50min.

Logistyka PRZED startem

Odbiór pakietów

Z natury jestem raczej introwertykiem. TDS jawił mi się jako idealny bieg - po pierwsze, odbywa się na początku tygodnia i tym samym, Chamonix nie jest jeszcze tak zatłoczone. Po drugie, nie stanowi trójcy biegów finałowych (OCC, CCC, UTMB) i stanowi o wiele mniejsze zainteresowanie dla mediów oraz kibiców. Dodam tylko, że sam odbiór pakietów trwał w moim przypadku jakieś 5 minut, a logistyka poruszania się po Chamonix i okolicach (parking, zakupy, obiad w knajpie) była przyjemnością. Można było spotkać głównie biegaczy pod TDS oraz PTL (300km, 25000) - dwa biegi, które ruszały w poniedziałek. Bardzo przypadł mi ten “off-grid” do gustu.

Termin odebrania pakietu musiałam wyznaczyć na kilka tygodni przed faktycznym przyjazdem do Chamonix. Miałam stawić się między 13, a 15 w Chamonix w niedzielę - dzień przed zawodami. Koniecznym było posiadanie plecaka biegowego - nie trzeba było mieć wyposażenia obowiązkowego, ale można było je mieć, aby wolontariusze sprawdzili, czy wszystko jest OK. Oprócz numeru startowego, torby na przepak, czipu (w formie kartonika, przypiętego do plecaka), otrzymałam również T-shirta technicznego. Całkiem fajny pakiet, bez zbędnych dziadostw.

Wyposażenie obowiązkowe

Na 24h przed startem otrzymałam SMS, że wymaganym “kitem” (basic kit, hot weather & cold weather kit) jest ten podstawowy - wciąż, jest on dość długi, ale najbardziej korzystny z powyższych trzech opcji. Początkowo, zastanawiałam się, czy naprawdę koniecznym jest branie długich spodni, przeciwdeszczowych spodni, czy dwóch czołówek oraz dodatkowych baterii/powerbanka. Jednak, spokorniałam w momencie, gdy na samym starcie zrobiło się tak zimno, że od razu założyłam długie spodnie i kurtkę, a podczas drugiej nocy lunęło jak z cebra na przełęczy i nagle, sprzęt, który wydaje Ci się “na wyrost” - okazuje się niezbędny. Warto o tym pamiętać.

Tutaj lista wyposażenia obowiązkowego.

Odżywianie przed (carb-loading?)

Przyznam Wam szczerze, że nie nakręcałam się jakoś szczególnie na ładowanie węgli. Już tak wiele zbiegałam tych biegów ultra, że mniej więcej wiem, co mi służy, a co nie. Start o 24 w poniedziałek sprawił, że mogłam rano na spokojnie się wyspać (leżałam w łóżku do 10-11) i zjeść późne śniadanie - spora porcja owsianki z owocami leśnymi, kilka ciastek i kawa. Na obiad zjadłam dużą porcję makaronu z pesto. W międzyczasie przekąski, jakiś deserek. Jednak, im bliżej było wyjazdu na start, tym bardziej zamykał się mój żołądek. 40 min przed startem zjadłam bułkę z masłem i serem oraz banana.

3…2…1… Start w Courmayer 

Do Francji przyjechaliśmy tydzień przed zawodami. Nasza miejscówka położona jest około 20-25 min od Chamonix. Zabukowałam sobie (za darmo) w ramach pakietu startowego autobus na start w Courmayer z Les Houches (ok 15min od naszej miejscówki). Przyjechał on o 21:00, a na miejscu byliśmy przed 22. Ciekawe o tyle, że tych autobusów było naprawdę sporo i głównie w ten sposób zawodnicy (prawie 2000!) docierali do Włoch przez tunel pod Mont Blanc. 

Ważne jest to, że przez te 2 godziny trzeba było gdzieś przeczekać - i powiem Wam, że czułam się, jak agresywny bezdomny, który dorwał się do wolnej ławki. Nie było miejsca, gdzie ewentualnie byłaby możliwość schronić się przed deszczem. Wszyscy siedzieli/leżeli gdzie popadnie. Ja znalazłam sobie ławeczkę w parku, ubrałam się w swoje najcieplejsze ciuchy z plecaka, zwinęłam w kłębek i drzemałam. Obudziłam się na 20-30 min przed startem i mimo tego, że park był zaledwie 30 metrów od linii startu, to i tak powędrowałam do końcowej grupy numer 2 (elita, grupa 1, grupa 2 i grupa 3). Mimo tego, że na numerze każdy miał przypisaną falę startu, to większość osób to bagatelizowała. Staliśmy te kilkadziesiąt minut ściśnięci, jak sardynki. Przynajmniej było ciepło ;)

Start tak ogromnego biegu jest chaotyczny. Fajnie to wygląda na mediach społecznościowych z całą muzyczną oprawą (całkiem nieźle wyedytowane!). Za to w praktyce, jest to dość gwałtowne i dla kobiety filigranowych rozmiarów jak ja, starałam się po prostu by nikt mnie nie rozdeptał. Było tak dużo ludzi, że ciężko było iść po przekroczeniu startu. Wybiegłam jako 1400 / 2000. Miasteczko nie było w stanie “przetrawić” takiego tłumu. Zanim wydostaliśmy się z miasta, głównie stałam lub szłam. Ewentualnie, truchtałam. 

Pierwsza noc i pierwsze kłopoty

Nie zrozumcie źle, nie chcę narzekać. Miałam tego świadomość zanim się zapisywałam na TDS, że początek będzie ciężki ze względu na liczbę zawodników. Mimo wszystko, miało to się w końcu rozładować. Pierwsze podejście na stok narciarski jest dość szerokie - nie ma co się przepalać, ale spokojnie można znaleźć swoje tempo i napierać do góry. Oczywiście, ogromnie dużo osób leciało na łeb na szyję, a potem blokowało zbiegi, ale to trzeba wziąć pod uwagę przy szacowaniu własnego czasu tych początkowych 20-30km. 

Spotykam na podejściu pierwszego Polaka - Andrzeja, z którym rozmawiamy aż do punktu na 7km. Ja napełniam flaska, a potem gubię go z oczu. Mija mnie również Polka - wtedy jeszcze nie wiedziałam, że właśnie z nią spotkam się po 80km i bardzo sobie nawzajem pomożemy.

Na 20km docieramy do punktu kontrolnego - tutaj mam już 2 000m przewyższenia i moje nogi dają mi znać, że ten bieg to nie będzie bułka z masłem. Zbiegając długą i wygodną szutrową drogą zaczyna mnie bardzo boleć brzuch. Jestem rozkojarzona, potykam się o kamień i lecę jak długa, robię fikołka i zdzieram sobie kolana. Poza tym, wstaję - otrzepuję się, żyję i lecę dalej. Jem, co 40-45min (jak w szwajcarskim zegarku) i systematycznie piję - mam we flaskach Naaka (250kcal / 500ml). Wypijam jeden, dolewam wody. Czuję się energetycznie dobrze. 

Docierając do punktu Col du Petit Saint Bernard (rany, ale tam było pięknie!!!) - zaczyna wschodzić słońce. Jest jakoś przed 7. Podchodzimy koło jeziora, a moim oczom ukazują się monumentalne góry. Aczkolwiek, moim priorytetem jest przede wszystkim dostać się do WC na punkcie, bo jestem już na skraju przytomności z bólu. Miłym zaskoczeniem były ubikacje tylko dla kobiet - bardzo to doceniłam. Nie dość, że były bardzo czyste, to jeszcze posiadały specjalne skrzyneczki z artykułami higienicznymi. Jak się okazało, dostałam okres. Czytające to panie pewnie teraz zrobiły grymas i ze współczuciem kontynuują czytanie, a panowie - wierzcie mi, że jest to nic przyjemnego, a zwykle pierwszy dzień to kompletne wycięcie z planszy. Decyduję się nie stracić zimnej głowy - świadomie podejmuję decyzję, że biegnę dalej i spokojnie, bez ciśnienia skupiam się na każdym kolejnym kilometrze. Nie ma we mnie złości. Akceptuję to, że będzie mi ciężej, ale od razu przechodzę do szukania rozwiązań, a nie postawy męczennicy-Marty. Po raz pierwszy od 3 lat biorę tabletkę przeciwbólową (Paracetamol). Po około 30-40 min ból brzucha się zmniejsza, a ja mogę przyspieszyć na zbiegu do pierwszego punktu kontrolnego.

Docierając do T1 (punktu kontrolnego, gdzie możemy mieć wsparcie - czeka tu na mnie Szymon), mam w nogach 50km. Zamknijmy tym samym pierwszą cześć biegu - najłatwiejszą technicznie, która trochę oszukuje głowę zawodników. Wydaje się, że będzie tak przyjemnie i biegowo oraz “na świeżości”. Od tego momentu, będzie już tylko trudniej. 

T1:  Bourg Saint-Maurice - La Gittaz 

Co za klimat! Słyszę “Allez alez Marta” - w związku z tym, że na numerze jest napisane imię, kibice krzyczą od samego rana w niebogłosy. Niesie mnie to do punktu, gdzie widzę Szymona, który zgarnia mnie na ławeczkę - z przygotowanym jedzeniem oraz ubraniami na zmianę. Mówię, że dostałam okres, a krem na obtarcia nic nie dał - pod spodenkami mam jedną wielką krwawiącą ranę z odparzeń. Ze stopami spoko (biegnę w HOKA Speedgoat 6). Przebieram górę - zamieniam termo na krótką białą koszulkę oraz rękawki UV. Zaczyna się robić gorąco, a będzie w dzień ponad 30C. Szymon smaruje mnie kremem z filtrem 50. Zajadam się zimną domową pizzą, popijam gorzką herbatą. Biorę przygotowany set żeli oraz batoników (za każdym razem, gdy się widzimy ta paczka jedzenia wygląda inaczej - nie chcę dopuścić do zmęczenia podniebienia). Idę szybko skorzystać z toalety i ruszam dalej. 

Zrobiło się gorąco, a przede mną 10km podejścia i … 1800m przewyższenia. Uwierzycie? Na szczęście, to podejście bardzo dobrze znałam. Tydzień wcześniej zrobiłam je w całości i z całą stanowczością stwierdzam, że był to mój najmocniejszy fragment trasy. Wyprzedziłam ponad 60 osób, a minęłam kolejne kilkadziesiąt, które wyglądały jak umarlaki, leżąc lub siedząc poza szlakiem. Upał i zmęczenie daje się we znaki. Aż na Przełęcz Pralognan czuję się świetnie. Weszłam na nią szybciej niż podczas treningu - a czułam się świetnie.

Zejście odbywa się techniczną wąską ścieżką. Są łańcuchy i trzeba cholernie uważać. Przez kolejne 1000-1500m nie ma mowy o żadnym biegu. Idziemy w wężyku krok za krokiem. Jest bardzo stromo, technicznie i zrobiło się tłoczno. Mijamy kolejne kilometry, wpadamy w przepiękną dolinę. Widoki są tak powalające, że zapominam o tych kilkudziesięciu minutach samego schodzenia/zbiegania z przełęczy. 

Przed punktem odpoczywają całe grupy turystów, jak i sami kibice - robią takie zamieszanie, kibicują na cały głos i jak słyszę “Marta, allez!” - czuję się, jakbym leciała na pierwszej pozycji. Wzruszam się, bo zawsze o czymś takim marzyłam. Wbiegam na punkt, od razu lecę do toalety ogarnąć się. Niestety, ale sytuacja ode mnie wymaga dłuższego pobytu na punktach - trudno, albo to zaakceptuję, albo nie polecę dalej. Od tego punktu rzucam się na arbuza. Zjadam chyba z pół kilo, podjadam krakersów, uzupełniam izotonik Naaka - warto wspomnieć, że na każdym punkcie są przekąski oraz izotonik z Naaka. Dla mnie jest to idealne rozwiązanie, bo znam te produkty, biegam na nich od miesięcy i wiem, że mi służą. Ciekawym jest to, że na tym biegu nie wypiłam ani łyka coli. W ogóle nie potrzebowałam - czułam się odżywiona i nawodniona. Naprawdę, kudosy Naak!

OK. Ale trzeba lecieć dalej. Do kolejnego punktu mam 8km, niby tylko 350-400m up, ale skwar nieziemski. To właśnie do La Gittaz jest jedno z najpiękniejszych widokowo fragmentów trasy. Do tego, przecinamy trasę z zawodnikami PTL. Widzę ich i aż mnie łapie za serce. To są dla mnie absolutni mocarze, kibicuje im i biegnę w stronę punktu. Widoki robią się coraz piękniejsze, a mnie coraz bardziej boli szczęka (od zbierania jej z podłogi). Czuję wdzięczność, że mogę tam być i robić tak fenomenalne rzeczy. 

Widzę punkt w oddali. Znajduje się w zjawiskowej, jak z obrazka, dolinie. W pewnym momencie czuję bardzo mocne ukłucie w lewym dużym palcu u nogi. Wygląda na to, że mam odcisk, który się przebił. Zaczynam analizować z szybkością światła zawartość swojego plecaka - gdzie ja włożyłam plastry żelowe? I CZY je włożyłam. Układam też plan działania, aby jak najmniej czasu spędzić na punkcie - najpierw WC, oporządzić się, wejść do namiotu, uzupełnić flaski Naakiem, nażreć się arbuza, wywalić śmieci, potem siadam na ławce, czyszczę stopę mokrymi chusteczkami, osuszam i naklejam plaster. Przy okazji rozmawiam z Polakiem z PTL (team Snowwhiters)- nazywam go mocarzem i życzę mu mety, ma się dobrze bawić i zdrowo dotrzeć. Spoiler alert: chłopaki kończą w 125h - ogromne gratulacje! 

Byle do Beaufort - DNF? 

Po wyjściu z punktu zaczęła się gehenna. Był środek dnia, słońce dawało tak mocno popalić, że myślałam już tylko o tym, aby wejść do lodówki i nie wychodzić. Do punktu w Beaufort (T2) czekało mnie jeszcze 20km, a mi już po 5km brakowało wody (wypiłam 1L!) - miałam jeszcze jeden awaryjny flask z wodą. Organizator zmienił część trasy ze względu na prognozowane burze. Myślałam, że wykorkuję. Biegliśmy kilometry asfaltem. Potem wskoczyliśmy na tamę, która zaprowadziła nas do niekończących się odsłoniętych pól oraz łąk. Ciągnęło się to w nieskończność, a ja już przygotowywałam sobie dobrą wiązankę, dlaczego powinnam zrezygnować. Przecież na pewno jestem odwodniona i mam udar słoneczny (oczywiście, to nie były fakty). Na szczęście, po drodze organizator zorganizował kilka dodatkowych punktów z samą wodą. Gdyby nie to, to chyba bym wyschła na wiór.

Na ostatnim podejściu przed punktem, zaczęło mnie mijać coraz więcej biegaczy. Z trybu “wyprzedzam” przez ostatnie kilkanaście godzin, przed 90km włączono tryb “byle do przodu”. Problemem stały się moje mięśnie czworogłowego - miałam je całkowicie zabite. Pod górę czułam się bardzo dobrze, była moc napierania na przód. Za to w dół … boli mnie na samą myśl. Nie byłam w stanie podnieść wyżej nóg, tym samym mogłam tylko truchtać. Im bardziej stromo, tym gorzej. Szlag mnie trafiał, widząc, gdy inni mnie mijają luźnym tempem, a ja starałam się nie babrać w tym błotku własnej krzywdy i co krok mówiłam sobie “jebać” i do przodu.

Jakieś 4-5km przed punktem spotykam Polkę, z którą mijałyśmy się jakieś 85km wcześniej - Justynę. Mówię, że ma mnie wyprzedzić, bo ja nie dam rady szybciej. Odpowiedziała mi, że to doskonale się składa, bo ona tak samo i pójdziemy razem. I to był początek naszej wspólnej pracy, aby w całości i sprawnie doprowadzić się na metę.

T2: Beaufort - wchodzimy w drugą noc

Dużo czasu schodzi nam na punkcie. Przebieram skarpetki i buty. Ubieram świeżą koszulkę. Mam cały odparzony tyłek i krok (sorry, jeśli Was to obrzydza - ale takie są realia). Justyna daje mi swój krem. Idę to wyczyścić i nasmarować kremem, jest trochę lepiej. Ból brzucha już mi tak nie doskwiera, moja głowa zajęła się rozwiązywaniem innych mniejszych problemów - od zablokowanych czwórek po pogłębiająca się ranę na pośladkach. Świeży set żeli i batonów, płyny, zjedzona pizza oraz wypita gorzka herbata. Wyruszamy w drugą noc.

Jest okrutnie parno. Mimo tego, że zapada zmrok, to jest wciąż gorąco. Pocimy się i dyszymy mimo wolnego tempa. Brakuje tlenu w powietrzu. Zaczyna się ściemniać, gdy po 6km docieramy do kolejnego punktu. Tu niespodziankę robi nam Ola z Tomkiem, którzy towarzyszą nam kawałek, dopingują i każą nam obiecać, że widzimy się rano na mecie. Obiecujemy. 

Ładuję się wodą i arbuzami na punkcie. Zakładamy czołówki, wychodzimy. 

Czeka na nas nieskończone wręcz podejście. Przypomnę tylko, że jest to druga noc. Nie śpimy już od ponad 36h, a biegniemy od 21 godzin. Byłam ciekawa, jak zareaguję na tę drugą noc. Patrzyłam wyłącznie na nogi Justyny, która szła przede mną. Włączyłam średni tryb w czołówce i zaczęłyśmy podchodzić. To podejście się nie kończy! Miałyśmy do zrobienia prawie 2000m przewyższenia i wierzcie mi, w pewnym momencie wszystko się już miesza w głowie. Pamiętam, że zanim dotarłyśmy do kolejnego punktu - przeszłyśmy pod ogromną tamą i jakoś sobie wkręciłam, że oni otworzą te luki, a nas zaleje woda. Dlatego, przyspieszyłam. Dość pokracznie, ale przyspieszyłam.

Kolejny punkt. Stąd, mamy mieć jakieś 15km do Les Contamines - na 123km czekał na nas Szymon. No i tutaj czekały kolejne wyzwania na dwie dzielne biegaczki.

Mózgi nam się powoli wyłączały. Mało gadałyśmy, po prostu się zmieniałyśmy w prowadzeniu naszego dwuosobowego orszaku. Wyszłyśmy z punktu i lunęło. Zaczęło grzmieć. A my … wpadłyśmy w trans. Trasa szła dziwacznie w kółko. Miałyśmy wrażenie, że się kręcimy wokół własnej osi, błędnik szalał, a nasze nogi rozjeżdżały się jak na lodowisku - szlak przypominał bardziej stromy kamieniołom niż coś oddane do użytku pieszego. Powiedziałam z milion razy brzydkie wyrazy, Justyna łapała laga twierdząc, że “zaraz zemdleje”. Zamiast jakoś sensownie zareagować, to mówiłam - “No rozumiem, to może coś zjemy?” - i z tej perspektywy, miało to sens. Jadłyśmy, piłyśmy i na przód. Nawet na chwilę nie pozwoliłyśmy sobie by gdzieś usiąść, mieć wątpliwości, rozczulać się. Żadnej gadki. Mamy iść, to idziemy.

Osiągnęłyśmy TOP i zaczął się zbieg do Les Contamines. Po drodze kolejny punkt. Tutaj natrafiamy na Polaka, który zaczepia mnie słowami “Ty masz zamiar to skończyć?”. Mój zmęczony mózg przełączyć się w tryb obronny, bo zupełnie nie zrozumiałam tej sytuacji i myślałam, że typ podważa to, czy uda mi się to ukończyć. Odparłam więc agresywnie “A CO?!”, a on na to, że ma ogromny kryzys, siadła mu głowa i chciałby pobiec z nami. Popatrzyłam się na Justynę, bo prawie tego biednego chłopaka pogryzłam, a on przeżywał cięższe chwile. Zdecydował się jednak tam zostać, a my pobiegłyśmy w dół.

Do Les Contamines (zwłaszcza po ciemku) biegnie bardzo nieprzyjemna i stroma droga w dół. Korzenie, kamienie, piach. Znowu, wyminęło nas tyle gości, że chciało mi się płakać, ale mówię - a pieprzę, grunt by dotrzeć do punktu w swoim tempie. Jakoś tak, psychicznie nie czułam się zniszczona. Byłam zmęczona tym tempem i ogólnie ustrojowo, ale poza tym było OK. Aha, wspominałam już, że od kilku godzin leje jak z cebra?

Bariera 30 godzin i tryb zombie 

Docieramy do Les Contamines - zanim wejdziemy do namiotu, gdzie Szymon już czeka w gotowości, błądzimy w meandrach własnych umysłów. Wydaje nam się, że się zgubiłyśmy - mimo tego, że jesteśmy na tracku. Przechodzimy przez kolejne mosty, które zlewają się w jedno. Męczy nas ten płaski i długi odcinek. Justyna mówi, że nie jest dobrze. Mówię, że u mnie też średnio. “Tym bardziej trzeba to doprowadzić do końca” kwituje Justyna i wiem, że tak będzie.

W Les Contamines przebieram się w suche termo. Zmieniam buty na HOKA Tecton x3. Świeże skarpetki. Idę się wysikać. Wychodzimy w deszcz. To podejście również znam. Justyna mówi, że mam prowadzić, bo mam podbudowane morale najwidoczniej. Znam tę trasę i czuję się pewnie. Aż do Mont Truc ciągnę nas równo. Wyprzedzamy (nareszcie!!!).

A potem jest już tylko gorzej. 

Wiem, że mamy do zrobienia wyłącznie dwa podejścia. Staram się skupić się tylko na kolejnym kroku, zakręcie, kamieniu. Nie wybiegać za bardzo w przyszłość. Właśnie po 30 godzinach łapie mnie ogromne zmęczenie. Nie daję sobie mentalnej przestrzeni na to by szukać pretekstu do zatrzymania. Mimo to, zataczam się od lewej do prawej. Wchodzę pierwsza na Col de Truc i mam wrażenie, że te serpentyny się nie kończą. Robi mi się niedobrze, czuję się, jak postać w grze. Mówię Justynie, że tracę kontakt z rzeczywistością, śpię na stojąco. Stajemy na chwilę, wyciągam batonika - jestem głodna chociaż niedawno jadłam. Zmęczony organizm i hormony inaczej reagują na dystans, temperaturę. Robi się zimno. Zjadam i idziemy dalej. Równo, staram się spokojnie i miarowo. 

Dochodzimy na przełęcz. Truchtamy w dół. Justyna mówi, że robiła tu rekonesans i mam się mentalnie przygotować na bardzo trudny technicznie odcinek - taki który wypruł ze mnie 95% pokładów siły. Znowu, kamieniołom w dół. Niekończący się. Można oszaleć.

Kiedy “dobiegamy” do rzeki, pojawia się wybawienie - fragment szutrowej drogi i ostatnie już podejście na Bellevue. Zrobiło się widno, a ja patrzę w dal i wpadam w panikę. Mój wzrok pada na lodowiec, a potem wszystko mi się rozmywa przed oczyma. Taka pikseloza. Patrzę na Justynę i widzę jeden wielki zamazany obraz. Jedyne, co widzę wyraźnie, to swoje ręce. Czuję się jak w grze. Trochę jakbym grała w GTA. Biorę kilka głębokich wdechów - wydechów. Mózg mi się odcina. Trzeba to jak najszybciej skończyć. Justyna idzie pierwsza, ja za nią. Nic nie widzę wyraźnie, jakiś dramat.

Potem czeka nas stromy (!) i dość błotnisty zbieg do Les Houches. Tutaj też trzeba się mentalnie nastawić na kilka kilometrów asfaltowych serpentyn. Daje popalić.

Od Les Houches mamy 7.5km do mety.

META!

Miesiącami przed zawodami wyobrażałam sobie metę. Wizualizowałam sobie siebie, uśmiechniętą - zmęczoną, ale radosną z tej pięknej przygody na tym kultowym niebieskim dywanie przed bramą mety w Chamonix. Zakładałam, że pojawią się problemy, które trzeba będzie rozwiązać. Jednak, zupełnie nie przewidziałam tego, że wydarzy się mój własny najgorszy scenariusz (okres + upał), co doprowadzi mnie realnie do najlepszego możliwego przebiegu tych zawodów. Bo gdybym nie zwolniła, to bym nie spotkała Justyny. Nie wiem, jakbym przetrwała tę drugą noc na tak przeokrutnym zmęczeniu. Nie musiałyśmy nic ze sobą rozmawiać, żadna nie matkowała ani nie odgrywała roli niańki. Po prostu byłyśmy w tym razem i to wystarczyło.

Wtedy, na tej asfaltowej drodze przez Les Bossons mimo zamglonego wzroku i totalnego wykończenia, uśmiechnęłam się do siebie - nigdy bym nie wpadła na to, że będę mieć tak wymarzoną metę - by wbiec na nią z kimś, kto stanowi nieodłączną część tej niesamowitej przygody.

Im bliżej było mety, nie mogłam uwierzyć, że to naprawdę się dzieje. Truchtamy. Pojawia się ostatnie 500m przed metą. Mobilizujemy się w sobie, podnosimy wyżej nogi. Niesie nas tłum. Doping na poziomie mistrzowskim. Dołączają do nas ludzie, biegną z nami. Czuję się pijana zmęczeniem oraz emocjami. Widzę, że Justyna jest wzruszona, a ja czuję wszeograniającą dumę. 

Wbiegamy między barierki, a tłum się zagęszcza. Jest wiwat. Łapiemy się za ręce i razem przekraczamy metę po 34h37min, 153km i 9000m przewyższenia. Nigdy tego nie zapomnę! 

Podsumowanie

Jestem typem biegaczki, która kocha się rozwijać i poznawać. Zapisuję się na bieg, aby coś z niego wynieść, nauczyć się, poznać i rozwinąć. Niekoniecznie potrzebuję być gdzieś obiektywnie najszybsza, aby być z siebie dumną. Zamiast rywalizacji, wolę współpracę. I tak właśnie zapamiętam TDS.

Traktuję to podejście jako pierwsze ;) tak - dobrze czytasz, pierwsze! Biorąc pod uwagę okoliczności, cieszę się przeogromnie, że dotarłam w zdrowiu do mety. Poznałam wspaniała osobę, z którą to zrobiłam. Przy okazji, zebrałam z tysiąc razy szczękę z podłogi ze względu na widoki oraz warunki na trasie. Biegłam w zachwycie. 

Nie ma co, to jest trudna technicznie i wymagająca trasa. Uważam, że najmniej doceniona podczas festiwalu. Ma to swoje plusy - zachowuje swój introwertyczny charakter. Dlatego, pełen rekonesans zrobiony, a ja wracam tam w 2026. Jest tyle wniosków do wdrożenia oraz momentów zachwytu do przeżycia!

Dziękuję Justynie za tak wspaniałą biegową przygodę! A każdej osobie, która dopingowała offline/online dziękuję z całego serca. Wspaniale to niesie bez względu na wszystko. 

Polecam, fajna zabawa. Marta

Bądź na bieżąco z Zielone Bieganie - Blog o bieganiu ultra!

Dam Ci znać, gdy tylko pojawi się nowy post 🙂