Relacje Relacja: Baran Trail Race [60km]

Marta Dębska

10 min read
Relacja: Baran Trail Race [60km]

Żaden bieg nie doprowadził mnie do tak skrajnych emocji, równocześnie będąc dla mnie pozytywną odskocznią od rzeczywistości. Zimowa aura Beskidu Śląskiego, pionowy trawers na Baranią Górę, darowana kanapka i kilka siniaków na kolanie. Ten bieg był dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Dowiedzcie się, dlaczego!

Magiczny Beskid Śląski

Nie ma co ukrywać, jestem zakochana w Beskidach - bez względu na to, czy jest to Beskid Niski, Sądecki, Wyspowy, czy Śląski. Każde z tych pasm diametralnie różni się od siebie i trudno o porównaniu. Łączy je jedno - jak już raz człowiek wybierze się na wycieczkę biegową w magiczne Beskidy, to musi tu wrócić.

Podobnie było ze mną w przypadku Baran Trail Race. Kiedy planując starty na 2022, wyguglowałam pierwszą zimową edycję kultowego biegu - nie mogłam się oprzeć! Bardzo mi zależało na tym, aby w tym sezonie biegać więcej biegów niszowych, klimatycznych i nastawionych na wyrypkę, dobre towarzystwo oraz piękne widoki niż bóg-wie-jakie nagrody i "prestiżo". Nie, dziękuję. Baran okazał się strzałem w dziesiątkę ze względu na klimat, trasę i daty. Przypadł idealnie na koniec pierwszego cyklu treningowego tego sezonu.

Baran Trail Race: trasa

Trasa przypomina taką koślawą ósemkę. Startujemy z Węgierskiej Górki, a następnie witamy wschód słońca na Baraniej Górze. Pierwsza część tej ósemki jest o tyle wymagająca, że jak już dotrze się na Halę Radziechowską i teren wydaje się trochę "wypłaszczać", to tak naprawdę cały czas pniemy się na Baranią Górę z finiszem jako pionowy trawers na szczyt.

Pierwszy punkt odżwyczy w Fajkówcę (17km) w uroczej drewnianej chatce, a potem Węgierska Górka (tam, gdzie był start, czyli Hala Widowiskowo-Sportowa) na 25km.

Z miasta lecimy na Rysiankę, a w międzyczasie zaliczamy punkt przed bacówką (34km) i bum, już mamy Halę Lipowską (punkt na 43km) i potem już zbieg niebieskim szlakiem do asfaltu i po 3-4km jesteśmy na mecie.

Kochane Wolo w Fajkówce

Odbiór pakietów, odprawa i start!

Budzik dzwoni o godzinie 03:01, drugi o 03:02 i już wiem, że muszę wstać. Staram się na paluszkach dostać do łazienki, ubieram się i idę do kuchni. Nie chcę zbudzić Oli, która jeszcze smacznie śpi i przyjechała ze mną dla mentalnego supportu oraz towarzystwa. Miała biec, ale dojrzałość wygrała i odpuściła ze względu na kontuzję. Dobra decyzja!

Anyways, robię śniadanie (bułka z masłem orzechowym i daktylami) + kawa i soczek. Oglądam jakieś bzdury i bum, 3:55 jestem już w aucie w drodze do Węgierskiej Górki. Docieram tam przed 4:30 i wchodzę nieśmiało do Hali.

Witają mnie weseli Wolo i Michał, który jest sprawcą całego zamieszania. Dostaję swój numer startowy i idę się jeszcze wygrzać do samochodu. Robię potem krótką rozgrzewkę i nagle jest już 4:55, trzeba iść na start.

3...2...1! Godzina 05:00 i startujemy w ciemną noc!

Wschód słońca na Baraniej Górze

Cholera, popełniam błąd nowicjusza. Startując towarzyszło mi uczucie, że o czymś zapomniałam. Nagle, po 20 min biegu, kiedy sięgam po rurkę do bukłaka by się napić, orientuję się, że zamarza mi woda w ustniku. Klnę pod nosem, bo zapomniałam schować plecaka pod kurtkę, a temperatura na zewnątrz sięgała -9C! Dodaj do tego wiatr i po zabawie.

No, ale OK. Staram się skupić na tym jak zminimalizować straty. Trzymam ten ustnik przez minutę, czy dwie w buzi i na szczęście udaje się czegoś napić. Pojawia się jednak inny problem. Kończę pić i chcę schować rurkę pod kurtkę. Jednak, nie mogę "zatrzasnąć" ustnika i woda zaczyna się lać na każdą stronę. Cholera !!! Dodaj do tego wbieg po bardzo wąskiej wydeptanej w śniegu ścieżce i 10 dyszących chłopa za Tobą. OK, tylko spokojnie. Wdech i wydech. Wyciągam silikonowy ustnik, wycieram go, tak jak plastikowy element od rurki i znowu nakładam go na rurkę. Uffff, udało się. Przestaje cieknąć, a ja wkładam rurkę pod kurtkę, bo nie chcę tracić czasu na włożenie całego plecaka do ciepła.

Emocje opadają, głowa zaczyna być tu i teraz, a ja nagle budzę się, gdy zaczyna być widno, a ja ląduję na Magurze Radziechowskiej. Za mną biegnie jeszcze dwóch facetów i nie możemy dalej biec, bo tak zachwyca nas wschód słońca. Stajemy, trochę gadamy, robimy kilka fotek i lecimy dalej. Widok wschodzącego słońca nad górami jest tak piękny, że czuję się jakbym leciała na haju. W pewnym momencie, jakieś 2km przed Baranią Górą wyprzedza mnie jakaś dziewczyna z chłopakiem. Potem okazuje się, że jest to Słowaczka, mocna zawodniczka, która przyjechała tam po zwycięstwo. Myślę sobie - wow, jestem tuż za nią, chyba nieźle mi idzie!

Docieram pod Baranią Górę i nie mogę połapać się z trasą. No mam przed sobą pionową śniegową ścianę i co ja mam z tym zrobić? Dobra, wchodzę. Tak mi się dobrze wchodziło, że wyłączyłam się totalnie (znowu) i moim oczom ukazuje się wieża widokowa na szczycie. Docieram do rozwidlenia szlaków i jeden z biegaczy krzyczy do mnie "Ej, jesteś pierwszą kobietą!". Patrzę na niego jak na szaleńca, bo przecież widziałam inną babeczkę i co, ja pierwsza? Jak my pewnie z tyłu stawki. Bzdury, pewnie ten wschód słońca uderzył mu do głowy. Nie myślę o tym więcej i zapierniczam w dół.

Zbieg do Węgierskiej-Górki aż miło!

Z czerwonego szlaku wpadam na czarny. Oh, pamiętam to miejsce doskonale - w lutym przyjechałam na tydzień do Istebnej i pierwszą wyrypkę zrobiłam właśnie na Baranią Górę. Śniegu po pas, a ja brodziłam z 40 min, aby przejść 2km. Jak miło było biec w miejscu, które pamiętałam jako totalna zimowa masakra!

Na 17km witają mnie przesympatyczne ekipy wolontariuszy (serdecznie pozdrawiam Beatę i Paulinę!) i dostaję info, że FAKT, jestem pierwszą kobietą. Byłam w tak ciężkim szoku, że poprosiłam tylko o wodę, wskazanie gdzie jest WC i po 2 minutach byłam już na trasie. Leciałam w las.

Słonko już na dobre rozgościło się na niebie, było po godzinie 7, gdy wylądowałam na czarnym szlaku i nogi leciały na przód. Zdawałam sobie sprawę, że absolutnie nie mogę się zacząć na nich zapierać i blokować, bo za kilka godzin będę miała zajechane czwórki. Opłaciły się te wszystkie godziny ćwiczeń na Bosu i inne mobility. Pomyślałam, gdy lecąc jak w transie pozwalałam kostkom dostosować się do wybrzuszeń (i wyrobionych już) kroków w zmrożonym śniegu. Zbieg nie był łatwy, bo było dość ślisko i przez większość czasu podłoże było lekko nachylone przez co stopy zjeżdżały to na jedną, to na drugą stronę.

Zanim dotarłam do punktu, czekały jeszcze góreczki do zaliczenia. W pewnym momencie, widzę, że jestem gościu leci prosto, a oznaczenia na trasie pokazują w lewo (track wskazywał też prosto!). Krzyczę do niego by zawrócił i od tego momentu, biegniemy razem. Przed samą Węgierską Górką, to właśnie (jak się potem okazało) Dominik sygnalizuje, że źle biegnę i musimy skręcić w lewo na górkę (znowu track pokazywał prosto i wiem, że sporo osób ominęło punkt w Węgierskiej Górce, bo poleciało za trackiem). Dobiegamy na punkt, 25km i 3.5h za nami. Standardowo - do kubeczka woda, cola i banan. Lecimy.

Podejście na Rysiańkę

Przez kilka kilometrów lecimy asfaltem aż do drogi wśród pól, która nas prowadzi do lasu. Zaczyna się podejście czerwonym szlakiem na Rysiankę. Gaworzymy sobie z Dominikiem i z Wojtkiem (którego poznałam na zimowym UTM) i cieszymy buźki w pełnym słońcu. Jest coraz cieplej, zwijam kurtkę i przypinam ją do plecaka. Żałuję, że nie mam krótkiego rękawka - w słońcu jest prawie 10C. Ciepło.

Trochę grymaszę i Dominik daję mi bułkę, abym trochę nabrała siły. Zjadłam ją na 3 razy (na każdym większym podejściu) i tak wystartowałam, że chłopaków finalnie zgubiłam. Na dolnych partiach czuć było wiosnę, ale im wyżej - pojawiał się śnieg i było chłodniej. Na 24km mamy punkt odżywczy i znowu, wolontariusze skradli moje serce. Szybkie siku, woda, cola i cześć. Bułka dała mi siłę. Nie chce mi się już nic jeść.

Przed samą Rysianką spotkała mnie niespodzianka. Przez dobre 40-50min nie widziałam NIKOGO ani przed sobą, ani za sobą. Biegłam w pełnym słońcu, a śnieg iskrzył się aż miło. Biegnę, biegnę i nagle widzę pionową ścianę i łańcuch. Wtedy przypomniałam sobie, że na odprawie faktycznie wspominano o takim fragmencie. Ale gdzie, w Beskidach?! Ano. Zapieram się nogami, obejmuję łańcuch i kurła, nogi mi lecą w dół. Kije za nic mi się nie przydadzą, a ja myślę ... Cholera, spadnę! Grunt, to zachować spokój. Biorę się w garść, biorę kije i rzucam je na drugą stronę, aby mi nie wadziły. Poruszam się z prędkością ślimaka, całym ciałem napierając na podłoże i po jakiś 2-3 minutach jestem na drugiej stronie. UFFFF. Ale mi skoczyło ciśnienie.

Czy tu jest punkt? Hala Lipowska

Docieram na Halę Pawlusia (super widok na Tatry!!!), a potem na Rysiankę. Wchodzę do schroniska, będąc przekonaną, że tam jest punkt odżywczy. Ludzi tyle, że nie można było wściubić nosa. Kible okupowane (dosłownie). Kurde. Dobra, spadam stąd, cześć. Dobrze jest, mam zapas izo w bukłaku i sporo batoników. Fakt faktem, totalnie nie miałam na nie ochoty, ale z braku laku... dam radę. Przede mną jakieś 18km. Ależ, przebiegam z 2km i docieram na Halę Lipowską - to tutaj jest punkt z przesympatycznymi paniami, które dodają mi otuchy, bo Wiesz, że jesteś pierwszą kobietą?

Prawdopodobnie usłyszałam to jakieś 5-7 razy na każdym punkcie, i często na trasie. Żadne słowa nie są w stanie opisać, co wtedy czułam. Bo ja nie chciałam się przyzwyczajać do tej myśli. Ja nic nie wygrywam. A jak wygrywam, to dla siebie. To, że jestem teraz pierwsza, nie oznacza, że za 3km będę. Starałam się "nie jarać" tą myślą, ale użyć jej by dać z siebie 100% i nie móc pluć sobie w twarz, że nie zrobiłam, co w mojej mocy, aby utrzymać swoją pozycję.

Tracę cenne minuty

Zbiegam już przepięknym szerokim szlakiem niebieskim w stronę Węgierskiej Górki. Boże, ale mi się sikać chciało. Miałam nadzieję, że się wysikam w schronisku, ale nie chciałam tracić czasu. W sumie, uciekłam 2 razy w "krzaczek" na ostatnich 18km. Do tego, zdejmując galoty, odpadły mi agrafki i za cholerę nie wiedziałam, co zrobić z tym numerem startowym. Zawiązałam supeł ze sznureczków na plecaku i tak dyndał.

Jakby tego było mało, trzy razy spadły mi stuptuty. No kurdeee! Tracę cenne minuty na takie pierdoły. Ale ok, nie ma co się wkurzać, zapinam, sikam, klepię się po ramieniu i lecę dalej.

Śnieg im bliżej miasta robi się coraz bardziej mokry. Słońce daje niesamowicie popalić. Czuję jak wypala mi dziurę w mózgu mimo tego, że mam czapkę. Wpadam na genialny pomysł i napełniam czapkę śniegiem i wkładam ją na głowę. Co za ulga!

Meta

Koniec niebieskiego szlaku, teraz już tylko hop-siup asfaltem i do domu. Tylko, że to hop-siup ciąąąągnie się niemiłosiernie. Mam nadzieję, że faktycznie biegnę "w miarę szybko" i że nie mam zaburzonego odczuwania, tj. "biegnę szybko", czyli 8 min/km. Patrzę na zegarek i przez kolejne 4km utrzymuję się na 5:30-45min/km. Wow, ja serio lecę. Wciąż w szoku.

Wbiegam na ostatnią prostą, czyli promenadę nad rzeką Żabniczanką. Widzę Halę. Widzę metę. Michał (org) krzyczy Długi dystans? Nie mam siły odpowiedzieć i pokazuję wymiętolony numer z czerwonym kolorem. Gratuluję, wygrałaś! Wpadam na metę, Michał daje mi porządny uścisk, a ja zalewam się łzami. Nawet pisząc to, czuję jak mi się pocą oczy. Dobiegłam pierwsza i to nie przez przypadek, czy "rzutem na taśmę". Jak się okazało, dwie kolejne dziewczyny przybiegają po 30 min i godzinie.

Podsumowanie

Miałam w ogóle nie wystartować. Myślami od kilku dni przed Baranem byłam w chaosie rozwiązywania problemów natury osobistej, które sprawiły, że po nocach nie spałam, a w dzień beczałam jak bóbr. Życie, no. I myślę, pieprzę to wszystko. Jadę w góry.

Na trasie byłam przeszczęśliwa, że na ten moment liczy się tylko to bym biegła, jadła, piła i dobrze się bawiła. No i sikała, dużo sikam. Wydaje mi się, że dlatego dałam z siebie całe 100%, mając przy tym czas porobić zdjęcia, nagrać filmiki i po prostu pogadać z ludźmi. Nie rywalizowałam (!!!!), ja po prostu miałam flow. Może trudno jest to zrozumieć, ale ja osobiście nie lubię rywalizacji, męczy mnie presja.

Na Baranie odczułam całkowitą wolność. Od wszystkiego, co było poza trasą i poza tym czasem. Dziękuję za wspaniałe emocje, które pozostaną ze mną tak długo, aby przezwyciężyć to, co przygotowała nam życie poza biegowymi ścieżkami 😊

Buźka, M.

Foto: https://www.facebook.com/KatarzynaGoglerFotografia/ https://www.facebook.com/ManuelUribePhotography https://www.facebook.com/fotografiapiotroleszak

Bądź na bieżąco z Zielone Bieganie - Blog o bieganiu ultra!

Dam Ci znać, gdy tylko pojawi się nowy post 🙂